Joga smaku: dlaczego powinniśmy jeść smacznie?

fot.123rf

„Jaka waszym zdaniem powinna być dieta jogina?” – spytałem podczas naszego pokazu kulinarnego na Międzynarodowym Festiwalu Dnia Jogi. „Wegetariańska!” – usłyszałem głos z tłumu. „Zdrowa!” – dopowiadał ktoś inny. Padło jeszcze kilka odpowiedzi. Wśród nich brakowało tej, moim zdaniem, najważniejszej: „smaczna!”
Jedzenie, które nam nie smakuje, zdaniem medycyny Wschodu nie spełnia najistotniejszej funkcji: nie wprowadza równowagi. Ta ostatnia polega nie tylko na dostarczeniu wszystkich potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu wartości odżywczych, ale również smaków. Każdy z nich wpływa na inne emocje. Pobudza je lub wycisza i harmonizuje. Tak jak joga zdecydowanie wykracza poza zestaw asan, czyli ćwiczeń fizycznych. Podchodzi do życia holistycznie. Obejmuje każdy jego rejon m.in. pracę z oddechem lub wspomniane emocje. Tak samo dieta w znaczący sposób wykracza poza powierzchnię naszego talerza. Zaczyna się w głowie. Przechodzi przez serce, dotyka najdelikatniejszych i najbardziej bezbronnych zakamarków naszej duszy. Jedzenie jest często niczym zbroja, którą na siebie zakładamy. Ma nas chronić, zapewniać poczucie bezpieczeństwa, ale również dostarczać energii, poprawiać humor. Dlatego zdaniem mędrców Wschodu, starożytnych joginów, dieta także współczesnego jogina powinna być oparta na tzw. rasajanach, czyli substancjach przedłużających młodość i podnoszących poziom naszej energii. Pokarmach, które swoim słodkim smakiem otulają, poprawiają samopoczucie i rozweselają.

reklama

By zrobiło się słodko

Dynia, bataty, granat, miód, migdały czy masło sklarowane – to tylko część gloryfikowanych przez ajurwedę rasajan. W diecie jogina nie powinno zabraknąć również tłuszczów. Tych wartościowych, zdrowych, zimnotłoczonych olejów, takich jak rzepakowy, lniany lub rydzowy (te dodajemy na zimno do potraw, choć dietetycy twierdzą, że olej rzepakowy nadaje się nawet do krótkotrwałego smażenia), lub posiadających wysoką temperaturę dymienia (świetnych do gotowania), jak olej kokosowy czy masło sklarowane.

Dochodzimy teraz do punktu, z którym pewnie wiele osób ćwiczących jogę się nie zgodzi. Końcowym smakiem tzw. jedzenia sattvicznego (zdaniem ajurwedy, dostarczającego nam największej ilości prany, czyli energii życiowej) powinien być słodki. Parowanie czy gotowanie dodaje jedzeniu słodyczy. Surowe warzywa, szczególnie zielonolistne pozbawione obecności życiodajnych olejów są najczęściej gorzkie i cierpkie. Nadmiar takiego jedzenia wzmaga niezadowolenie z życia, podnosi element powietrza. Jeśli do takiej głównie surowej i beztłuszczowej diety dorzucimy kilka/kilkanaście godzin intensywnej praktyki asan, przestajemy być uziemieni. Tak jak ja przed laty, gdy zaczynałem swoją przygodę z jogą. Moja waga spadła do 64 kilogramów (teraz ważę o 8 więcej), miałem problemy z orientacją w terenie i koncentracją. Moja „ultrazdrowa” i przeważnie surowa dieta nie wpływała dobrze na elastyczność stawów. Choć byłem bardzo rozciągnięty, chrupało mi w kościach. Choć dziś nadal praktykuję jogę, to w moim menu pojawiło się więcej żywności gotowanej, tłuszczu i zdrowych (często też surowych) słodyczy. Słodki, słony, kwaśny, ostry, gorzki i cierpki – umiejętnie balansuję między tymi podstawowymi smakami…

Uwaga: choć rośliny cebulowe, takie jak czosnek, cebula czy por, nie są polecane w jogicznej diecie, to gotowanie zmienia ich charakter. Łagodnieją i stają się słodkie.

Maciej Szaciłło: kucharz wegetariański, pasjonat dietetyki. Współprowadzi warsztaty i bloga www.medytujemy.pl. Współautor (razem z żoną Karoliną) książki „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”, a także „Jem (to co) kocham i chudnę”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »