Dziecko w samochodzie

123RF.com

Długa podróż z dzieckiem wymaga doskonałej organizacji i planowania. Jeśli przygotujemy się jak należy, może to być i dla nas, i dla dzieci dobra zabawa. Jeśli nie – umęczymy się wszyscy. A wystarczy tylko przewidzieć największe wyzwania…
NAJLEPSZYM rozwiązaniem dla wszystkich jest… sen. Dzieci zazwyczaj sypiają w samochodzie mocno, a gdy śpią – nie sprawiają kłopotu. Kluczowy więc jest wybór pory rozpoczęcia podróży. Jeśli lubimy jeździć w nocy, możemy liczyć na to, że maluch całą, nawet wielogodzinną, podróż prześpi. Trzeba tylko wybrać porę zbliżoną do godziny, w której zazwyczaj idzie spać, i… zachować spokój. Nerwowa bieganina rodziców podczas pakowania auta natychmiast udziela się dziecku i zamiast stać się senne, pewno będzie marudzić. Spokój w samochodzie, monotonny szum silnika i delikatna muzyka z radia powinno je tak czy inaczej uśpić już po kilku chwilach. Jeśli nocne podróże nie są naszym priorytetem (po przespanej nocy dziecko jest pełne energii, rodzice po nocy w samochodzie – nie), rozwiązaniem „B” może być wyjazd bardzo wcześnie rano. Jeśli bagaże zapakujemy wieczorem i maluch nie zauważy przedwyjazdowego zamieszania, powinien zasnąć ponownie w samochodzie na jakiś czas. Może pokonamy tak większość trasy?

reklama

Bardzo wcześnie rano lub późnym wieczorem dziecko w foteliku powinno znaleźć się w piżamce. Gdy jest chłodno, nie zapomnijmy o wcześniejszym nagrzaniu wnętrza samochodu. Oczywiście kocyk do przykrycia (nad, nie pod pasami) i ulubiona przytulanka będą niezbędne. Fotelik ustawmy w pozycji „do spania”, odchylony od pionu tak daleko, jak to tylko jest możliwe. Dodatkowe poduszki nie są niezbędne – zagłówek jest w miarę blisko głowy, więc w półleżącej pozycji dziecku powinno być wygodnie.

Przez cały czas jazdy kontrolujmy, czy dziecko nie jest przegrzane lub czy nie jest mu zimno, pamiętając o tym, że z tyłu kabiny zwykle panują nieco inne warunki niż na przednich siedzeniach. Oczywiście musimy zadbać, żeby ani jeden nawiew powietrza nie był skierowany bezpośrednio na śpiące dziecko. Jeśli to dzień – trzeba wyposażyć auto w rolety, by światło słońca nie padało bezpośrednio na twarz dziecka.

Co 1,5-2 godziny jazdy musimy robić przerwy w podróży, żeby rozbudzony maluch mógł się wyszaleć. To się dobrze składa, bo kierowca też powinien mieć szansę na odpoczynek i rozprostowanie kości. Najlepiej byłoby zatrzymać się na dużym parkingu lub w przydrożnej restauracji, gdzie przewidziano plac zabaw. Dziecko powinno się zmęczyć, by wysiedzieć w samochodzie kolejne dwie godziny.

Bieganie, gimnastyka, gra w piłkę (jeśli można to zrobić bezpiecznie), berek, skakanka – każdy sposób jest dobry, a kierowcy też się to przyda. Jeśli to czas na główny posiłek, lepiej nie jeść nic ciężkostrawnego. Zresztą chyba najlepszym wyborem z możliwych jest zabranie ze sobą piknikowego kosza z jedzeniem i oparcie jadłospisu na własnoręcznie przygotowanych potrawach. Nie tylko unikniemy denerwującego czekania na posiłek w restauracji; rozpakowywanie kosza i przygotowywanie zaimprowizowanego stołu może też być dla dzieci w pewnym wieku znakomitą zabawą. Przy okazji zmniejszamy ryzyko zjedzenia czegoś nieświeżego.

Nuda, gry i choroba

Maluch, jeśli nie śpi, szybko zaczyna się nudzić. Nasza w tym głowa, żeby znudzenie nie przeszło w rozdrażnienie. Elektroniczne gadżety niekoniecznie są najlepszym rozwiązaniem – wpatrywanie się w trzymaną w rękach konsolę do gier lub będące przed nosem DVD sprzyja u niektórych dzieci (i dorosłych) chorobie lokomocyjnej.

Avioplant, Aviomarin, homeopatyczny Cocculine to specyfiki przeznaczone do jej zwalczania. Tak naprawdę mimo swej nazwy występowanie zespołu objawów nie jest skutkiem choroby, lecz reakcją na podrażnienie błędnika kołysaniem samochodu (statku, samolotu…). Patrzenie w dal, świeże powietrze i spacery podczas przerw w podróży bardzo pomagają.

Z punktu widzenia walki z chorobą lokomocyjną idealną grą jest – stara jak same podróże – gra w liczenie krów. Mogą być to również konie albo co tam sobie wymyślimy, byleby nie coś, co może poruszać się z porównywalną do nas prędkością. Pasażerów dzielimy na drużyny lewą i prawą, każda rywalizuje, licząc krowy po „swojej” stronie drogi. Jest zabawniej, jeśli skomplikujemy grę – np. cmentarz po którejś ze stron powoduje skasowanie dotychczasowego „dorobku” drużyny, pod warunkiem że przeciwnicy zakrzykną „cmentarz, tracisz wszystkie krowy”! Cóż takiego dobrego jest w tej grze? Walka wymaga koncentracji, a członkowie obu drużyn muszą wyglądać na zewnątrz, co właśnie pomaga lepiej radzić sobie z chorobą lokomocyjną.