Kobiety bomby: dlaczego biorą udział w zamachach?

fot.123rf

W październiku tego roku w samobójczym ataku zginęła kurdyjka. Zabiła kilkunastu dżihadystów samozwańczego państwa islamskiego, wyznawców tej samej religii. Tej samej, tylko inaczej pojmowanej.
Arîn Mîrkan uśmiecha się ze zdjęcia całą sobą. Ma wesołe oczy, piękną, pogodną twarz, a do wspólnej fotografii zagarnia w ramiona dwie śliczne córeczki. Z jej włosów zsuwa się luźno zawiązana chustka. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to zwykłe, ciepłe rodzinne zdjęcie, ale po chwili widać, że matka i córki ubrane są w mundury. A kiedy przeczyta się podpis, radosne zdjęcie całkowicie zmienia znaczenie. Arîn Mîrkan to wojenny pseudonim dwudziestokilkuletniej radosnej kurdyjskiej matki. I choć walczących z islamistami Kurdyjek są tysiące, a wielki koncern odzieżowy wzoruje nawet na ich strojach swoją jesienną kolekcję, to Arîn Mîrkan jest pierwszą Kurdyjką, której twarz poznał cały świat. Jej zdjęcia ukazały się w mediach społecznościowych po tym, jak rozerwała się granatem, zabijając kilkunastu uzbrojonych bojowników Państwa Islamskiego, które powstaje w Syrii i Iraku. Ostrzał kilku amerykańskich myśliwców nie powstrzymuje ich triumfalnego pochodu na kolejne miasta. Arîn Mîrkan oprócz całej swojej rozpaczy i bezsilności miała ten jedyny granat. Została okrzyknięta bohaterką, choć drogę do jej bohaterskiej śmierci na polu bitwy torowały terrorystki. Kobiety podobnie zdesperowane, podobnie pozbawione nadziei.

reklama

Leila Che

„Panie i panowie, proszę zapiąć pasy. Mówi do was wasz nowy kapitan z oddziału Che Guevary Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny”. Tymi słowami Leila Chaled zapisała się w historii jako pierwsza kobieta, która porwała samolot. W dniu wylotu w sklepiku przy Schodach Hiszpańskich w Rzymie kupiła wytworną torebkę, do której włożyła bilet lotniczy pierwszej klasy. Broń ukryła pod białą, letnią sukienką. Pasażerowie, którzy tego dnia lecieli do Tel Awiwu, wylądowali w Damaszku. Nikomu nic się nie stało, a pilot samolotu po latach przyznał, że właściwie rozumie desperacki ruch Leili. Tyle że działo się to ponad 40 lat temu. Leila Chaled przeszła później sześć operacji plastycznych, by znów porwać samolot. Tym razem zginął jej wspólnik, ona sama trafiła do więzienia. Wolność odzyskała dzięki wymianie za zakładnika przetrzymywanego przez Palestyńczyków. Dziś mieszka w stolicy Jordanii Ammanie, jest elegancką panią w drucianych okularach i zwiewnym szalu na głowie, matką dwójki dorosłych dzieci. Młoda Leila z kałasznikowem w ręku i w arafatce zarzuconej na głowę stała się symbolem pierwszej intifady – palestyńskiego powstania. Podobnie jak Arîn Mîrkan – symbolem współczesnej walki zwyczajnych muzułmanów z uzbrojonymi po zęby islamistami. Gazety zamieszczały jej zdjęcia na pierwszych stronach. Leila Chaled została również czarnym symbolem palestyńskiego terroryzmu, który sprawie jej kraju nie pomógł w ogóle. Gdyby dziś zdecydowała się walczyć dla którejś z organizacji terrorystycznych, dostałaby pas wypełniony materiałem wybuchowym i możliwość nagrania swoich ostatnich słów. Potem poszłaby do kina albo do supermarketu, albo wsiadła do wagonu metra.

Kobiety, a dzisiaj w dużej mierze dotyczy to również europejskich konwertytek, są tanimi bombami wysokiej precyzji i nieskomplikowanej technologii. Kiedy zmierzają do celu, są niewidoczne dla radarów i dla pracowników tajnych służb, którzy z tłumu ludzi wychwytują przede wszystkim mężczyzn w wieku od 16 do 45 lat. Dziewczyna ubrana w dżinsy, w butach na obcasach nie wzbudza takich podejrzeń jak nerwowy chłopak w taniej ortalionowej kurtce. Dlatego terroryzm zmienił graczy. Mężczyźni odchodzą na ławki rezerwowych, a do gry wkraczają kobiety. Najczęściej młode, najczęściej wykształcone. Zawsze na przegranej pozycji. Ich zadaniem jest umrzeć. Są dobrymi graczami, z łatwością sięgają celów, umieją zaskoczyć przeciwnika, wymykają się stereotypom, a ich akcje zawsze trafiają na pierwsze strony gazet. Medialny szum jest niezwykle cenny dla organizacji werbujących kobiety. Reakcja prasy zawsze jest bardziej gwałtowna, oburzenie opinii publicznej większe, gdy w samobójczym ataku ginie „niewinna kobieta”. Podobna do pięknej Arîn Mîrkan, która dla sprawy jej nieistniejącego kraju zrobiła więcej niż kilka amerykańskich rządów. Gdyby zginął brodaty mężczyzna, nikt nie zadawałby sobie pytań, kim on był. Gdy wysadza się kobieta, od razu rodzi się ciekawość – dlaczego ona, co nią kierowało, kim była, kto ją zmusił, może miała dzieci, a może była ładna? Dlatego właśnie samobójcze ataki kobiet są bardziej efektywne i spektakularne. Mocniejsza jest ich siła rażenia opinii publicznej, nawet jeśli podczas wybuchu zginie mniej osób. Bo tak naprawdę nie liczy się liczba zabitych, liczy się jakość wybuchu. Badania wskazują na to, że kobiety gwarantują tę jakość. Zresztą wiedzą to nawet producenci reklam, wystarczy spojrzeć na billboardy. Kobiety bomby wywołują większy szok, strach, paraliż. Bo jeśli już nawet one wysadzają się w powietrze, to nikt i nigdzie nie może czuć się bezpiecznie. Nikt nie zazna spokoju. Bo nikt o nich nie wie, dopóki nie zginą. To jest ich kolejny atut – grobowe milczenie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »