Kryzys małżeństwa i rodziny?

Najmniej bezpieczne inwestycje to dziś miłość i małżeństwo. Dlatego zaczynamy cykl poświęcony poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jak zbudować trwały i udany związek. Czy miłość może trwać wiecznie? Jak kochać, by kochać szczęśliwie, i czemu to takie karkołomne przedsięwzięcie? Co ma z tym wspólnego syndrom „cyberautyzmu”? Jak uchronić przed nim nasze dzieci – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Ostatnio zarzucono mi jako dziennikarce propagującej psychoterapie, że to psycholodzy i kolorowe magazyny rozbijają rodziny, namawiają do rozwodów, każą stawiać na samorealizację. No to może wystarczy nie słuchać psychologów i nie czytać, żeby zagnieździć się na dobre w szczęśliwym i trwałym związku?

Widocznie konserwatystom i tradycjonalistom wygodniej jest myśleć, że to liberalna propaganda nakręca dekoniunkturę małżeństwa. To teza nieprawdziwa. Są istotne i złożone powody, dla których małżeństwa mają pod górkę. Pierwszym jest to, że rodzina przestaje być niezbędnym warunkiem do wystarczającego zadbania o wychowanie i edukację dzieci. Coraz większą odpowiedzialność za to bierze na siebie państwo. Można powiedzieć, że dzieci podlegają procesowi upaństwowienia. Nie wierzę, że państwo ma jakiś demiurgiczny, tajny plan produkcji dostosowanego do potrzeb rynku ludzkiego monotypu. Raczej odpowiada w ten sposób na ambicje i potrzeby obywateli. Skoro dorośli obojga płci chcą coraz więcej czasu poświęcać zarabianiu pieniędzy, realizowaniu swoich pasji i talentów, kupowaniu i konsumowaniu, to państwo – wykonując swoją służebną funkcję – powołuje coraz to nowe instytucje, które mają rodziców uwolnić od ciężaru opieki nad dziećmi. Skutkiem ubocznym jest kurczenie się czasu i zasobów energii, jakie dorośli chcą i mogą przeznaczać na pielęgnowanie rodzinnego gniazda i budowanie emocjonalnych więzi.

A więc ta wymuszana przez obywateli wychowawcza pomoc państwa sprzyja zanikowi instytucji małżeństwa?

Mówiąc krótko: kryzys instytucji małżeństwa i rodziny jest w ogromnej mierze uwarunkowany systemowo. Skoro przyjęliśmy, że PKB ma nieustannie rosnąć, to coraz więcej obywateli musi produkować, zarabiać i wydawać. Wiadomo, że dzieci w tym przeszkadzają, a w dodatku są nadzwyczaj mało opłacalną inwestycją. Szczególnie ostatnio, gdy okazało się, że ogromne pieniądze inwestowane w ich wychowanie i wykształcenie obciążone są 25-procentowym ryzykiem bankructwa. Bo oto nasze dorosłe, świetnie wykształcone dzieci nie znajdą pracy i pozostaną na garnuszku rodziców. To jeden z powodów coraz częstszych decyzji o nieposiadaniu dzieci. A skoro młodzi nie myślą o dzieciach, to po co im małżeństwo?

Ale co z tymi dziećmi, którymi opiekować się rodzicom pomaga państwo? Czy gdy dorosną, mają szanse na udany związek, na miłość, której nie zgasi pierwsza burza?

Nie mają lekko. Jeśli matce i ojcu brak czasu, by opiekować się dzieckiem przez co najmniej pierwsze pół roku jego życia, gdy go nie karmią, nie przytulają, nie kąpią, nie uczą świata, nie są blisko – gdy zastępują w tym ich inne osoby lub instytucje, to może się nie wytworzyć podstawowa więź emocjonalna między dzieckiem a rodzicami. Nawet jeśli rodzicom wystarczy instynktu, by – mimo braku kontaktu – kochać swoje dzieci, to dziecko i tak nie będzie czuło się dostatecznie kochane. Wtedy w jego psychice zagnieździ się trudno usuwalna wątpliwość co do możliwości bycia ważnym i wybranym przez kogokolwiek. Na dodatek brak silnej pozytywnej więzi między rodzicami a dziećmi – skutkujący brakiem umiejętności i potrzeby spędzania razem czasu – skazuje współczesne dzieci na budowanie zastępczej więzi z elektronicznymi maszynami. W rezultacie wychowujemy coraz więcej dzieci cierpiących na zaburzenie zdolności do kontaktowania się i współpracy z innymi ludźmi oraz do budowania trwałych relacji. Nazywam to syndromem cyberautyzmu. Moim zdaniem epidemia cyberautyzmu ma szerszy zakres niż coraz częściej diagnozowana u dzieci – przypuszczalnie powiązana z cyberautyzmem – łagodna forma autyzmu zwana zespołem Aspergera.

To prawdziwa ironia losu, że współcześni rodzice niedający klapsów, czytający o wychowaniu, mówiący o prawach dzieci itp. robią coś nie tak, i to bardzo… 

W każdym razie jeśli czegoś z tym wszystkim nie zrobimy, to za dwa pokolenia dzieci będą produkowane głównie w laboratoriach. To pozwoli państwu na całkowite ich upaństwowienie i precyzyjne kontrolowanie niesfornej dotąd demografii. Przy okazji – owo praktyczne rozwiązanie problemów demograficznych fantastycznie sprzyjać będzie singlowaniu i przelotnym związkom. Sprzyjać będzie także całkowitemu poświęceniu się pracy, zarabianiu i zakupom przez przyszłych cyberautystycznych dorosłych. PKB z pewnością wzrośnie, ale czy ludzie będą szczęśliwsi?