Książka „Zakochani w świecie. Maroko”



„Podróż ma w sobie każdy”. Tymi słowami Joanna Grzymkowska-Podolak zaczyna swoją książkę podróżniczą „Zakochani w świecie. Maroko”. Jest ona dosyć nietypowa, a dlaczego? Bo to nie okrzyczana i rozreklamowana relacja z podróży, która owszem zachwyca kolorowymi zdjęciami, ale przeraża lakonicznością opisów, często nieznajomością kultury i zwyczajów tubylców, przez co kolejny raz utwierdza nas w przekonaniu, że fajnie tam jest, ale jednak dobrze, że nas tam nie ma. To też nie suchy przewodnik, jedynie z opisem zabytków, adresami hoteli i cenami w knajpach.

Zakochani w świecie, to wręcz pamiętnik z podróży, miejscami intymny, ze szczerymi do bólu stwierdzeniami i opisami. To zebrane razem wrażenia debiutantów, „którzy spróbowali, bo od lat mieli w sobie pasję podróży. Spróbowali, bo na własnej skórze w dość brutalny sposób przekonali się, że z życia trzeba korzystać”.

I tak dowiadujemy się, jak się do takiej wyprawy przygotować, ile kosztuje chociażby przerobienie terenówki, żeby służyła i za pojazd, i za sypialnię czy kuchnię. Jakie leki ze sobą zabrać, wszak trzeba przewidzieć każdą dolegliwość. Sprawy, które kompletnie nas nie interesują, jak szczęśliwi pakujemy się do samolotu po opłaceniu wycieczki w biurze podróży, tutaj stanowią o być albo nie być na afrykańskich bezdrożach, no bo co będzie, jak zabraknie benzyny!? Takich ewentualności, które trzeba przewidzieć jest całe mnóstwo i trzeba to zrobić jeszcze w Polsce, w domu, bo tam już będzie na to za późno. A potem razem z Joanną i Jarkiem wsiadamy do Dragona i ruszamy w drogę…

Drogę pełną przygód, zaskakujących, nawet śmiesznych sytuacji i ludzkich problemów. Kiedy już stajemy po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, zamiast rozświetlonego Tangeru widzimy oczami autorki tylko ciemność. „Byliśmy pewni, że przycumujemy do centrum Tangeru, że prosto z promu wjedziemy do tętniącego życiem miasta i z przewodnikiem w ręku szybko znajdziemy tani hotel. Kiedy oświetlona strefa graniczna była już za nami, a przed nami ciemna droga w polu prowadząca nie wiadomo dokąd, zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie my, na Boga, jesteśmy!”. No i co dalej? Szybka decyzja, jedziemy dalej, ale czy dobra…? I tak po kolei przemierzamy Maroko według trasy zaplanowanej przez naszych podróżników, zwiedzamy zabytki, o który autorka opowiada w niewymuszony sposób, racząc nas znośną dawką historii, zaglądamy do piekarni i do fryzjera oraz smakujemy miejscowych potraw. Tego nie da wam nawet najlepsze biuro podróży! Nie wszystko jest oczywiście takie idealne, bo musimy też… liczyć z podróżnikami każdy grosz, a właściwie centym, spać w pokoju, gdzie przez dziurę w ścianie słychać chrapiącego sąsiada i marznąć z zimna, ku wielkiemu zaskoczeniu, wszak to Afryka!

A co dostajemy w zamian. Raj na ziemi i nieograniczone pokłady satysfakcji. Tak! Udało się nam! Dokonaliśmy tego sami! I, jak przekonuje autorka, każdy może tego dokonać, nie musi być milionerem, wystarczy dobra organizacja i wiara we własne możliwości.

W książce znajdują się też smaczki, jak chociażby wizyta w Ajt Bin Haddu, wiosce, która była plenerem filmowym Gladiatora, czy Warzazat, gdzie mieści się Studio Filmowe Atlas Corporation i można zobaczyć scenografie np. do Asteriksa i Kleopatry.

Książka ma także walory edukacyjne i kulturoznawcze. Autorka przytacza historie zwiedzanych miejsc, opisuje dzieje głównych zabytków, a także pokazuje zwyczajne życie miejscowych, ich codzienność, często niedostępną turystom korzystającym ze zorganizowanych wyjazdów. Co więcej, sama uczestniczy w ich życiu, dzięki czemu wiele przed nią odkrywają, ale też i daje się czasami nabierać, naiwnie mierząc Marokańczyków europejską miarą. To wszystko okraszone 53 kolorowymi fotografiami!

Tekst: Klaudia Dróżdż