Kwiat jednej nocy – Felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf

Mój serdeczny kolega całkiem niedawno wrócił na matrymonialny rynek. Okres żałoby po jego ostatnim, długim i – do pewnego momentu – szczęśliwym związku dobiegł końca, a on z nadzieją na nowe, otwartym sercem i wiatrem w głowie ruszył na poszukiwanie Szczęścia.
Jako że jest przystojnym, wykształconym, zadbanym czterdziestolatkiem, rozpoznanie rynku trwało krótko i przyniosło nadspodziewanie dobre efekty w postaci szeregu ofert i anonsów kobiet chętnych – jak deklarowały – spędzić z nim resztę życia. Chłopina odżył i zaczął umawiać się na randki. Podekscytowany jak uczniak przejmował się nimi bardziej niż rocznym rozliczeniem w firmie. Przyszedł czas na pierwsze spotkanie. Wyszorowany, ulizany, wykrochmalony i pachnący zjawił się w umówionym miejscu pół godziny przed czasem. Czekając na dziewczę, z emocji kolejno: przewrócił krzesło, wylał kawę, potrącił sąsiedni stolik i potknął się o własne stopy. Aż wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. W drzwiach pojawiła się Ona. Była piękniejsza niż na swoim profilu w internetach. Gibka, smukła, czarująca, owiana szalem i paczulowymi perfumami. Usiadła z gracją przy wybranym przez Niego stoliku. Zamówiła bezlaktozową latte i pół bezy, której nie tknęła. Za to kawę sączyła przez długą rurkę, zwijając zmysłowe usta w trąbkę. Patrzył zauroczony. Śmiała się ze wszystkich jego żartów, odrzucając głowę do tyłu. Zamknęła go w swoim świecie w jednej chwili. Był tak szczęśliwy, że aż chciało mu się płakać. Pierwszy strzał i taki udany. Czuł, że są dla siebie stworzeni, a ta randka z pewnością przemieni się w setki kolejnych.

reklama

Po kilkunastu minutach wesołej konwersacji wzdrygnęła się lekko, mruknęła coś o własnym zapomnieniu, sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej bilecik wielkości wizytówki. Przesunęła go seksownym gestem po stole na wysokość jego filiżanki. Spojrzał na bilecik, ale z początku nic nie odczytał – oczy ze szczęścia odmawiały mu posłuszeństwa. Spojrzał jeszcze raz. Wziął bilecik w ręce, obie, bo poczuł, że jedna tego nie udźwignie. Na karteczce wydrukowany był zestaw tego, ile i za co będzie musiał zapłacić, jeśli będzie chciał z nią spędzać kolejne randki. Spojrzał na nią niepewnie. Uśmiechała się lekko. Zbity z tropu spojrzał na drugą stronę wizytówki. Tam to samo było napisane po angielsku. Poczuł, jak mrowieje mu kark. Patrzył w dół, bo nie wiedział, jak ma się zachować. Podniósł głowę, przeprosił, wstał i wyszedł. Wrócił po chwili i zostawił pieniądze kelnerce – dużo za dużo jak za dwie kawy i pół bezy, ale nie miał do tego głowy. Jak mi później relacjonował, ocknął się dopiero 100 kilometrów za miastem. Zadzwonił do mnie z trasy. „Jak żyć?” – zapytał. Nie umiałem mu na to odpowiedzieć, ale zadumałem się głębiej nad instytucją randkowania. I doszedłem do wniosku, że randkowanie ssie. Totalnie ssie, przynajmniej od pewnego wieku.

Chodzenie na randki to doskonała zabawa dla nastolatków, którzy zmagają się z własnymi głowami i ciałem. Poznawanie drugiego człowieka, tak innego od nas, jest fascynujące, drżące i cudownie niepokojące. Ale potem, kiedy już jesteśmy dorośli, uformowani, usztywnieni, czasem z doświadczeniem zranienia, bo nasze życie nie ułożyło się w myśl hasła „żyli długo i szczęśliwie” – randkowanie tylko przez ułamek sekundy jest zabawne. Do pierwszego „bilecika”. Poza tym to całe udawanie, że jesteśmy kimś innym, że nie rzucamy skarpetek gdzie popadnie, że myjemy wannę po kąpieli, że zawsze odkładamy kubki do zmywarki, że nie interesują nas żadne sporty i czas spędzany z kolegami na tychże, że marzymy o wyjeździe na bezludną wyspę i rzuceniu korporacji, że potrafimy słuchać i że jesteśmy wierni. To opowiadanie o tym, że lubię las, kolor zielony, zapach bzu, dźwięk skowronka, warkot diesla i szarlotkę babci. A ty? – pytamy, jakby nas to cokolwiek interesowało.

O rany! Losie, chroń! Ale chyba nie da się inaczej, co? Mam nadzieję, że kiedyś, w niedalekiej przyszłości, jak już będziemy zaczipowani, przyłożymy swoje czipy (bez głupich skojarzeń!) do siebie, one przekażą nam informacje o drugim człowieku wprost do mózgu, przeskanują, sprawdzą zgodność i – jeśli zawibrują – super, będziemy razem; jeśli nie, dajmy sobie spokój. A piszę o tym, bo przed nami piękny, prawdziwie słowiański dzień zakochanych, zapomniany i wyparty przez bure walentynki. Dzień, a właściwie noc, podczas której chłopcy zrywali w lesie kwiat jednej nocy, co jest piękną metaforą defloracji kuszącej dziewicy. W tym dniu – 24 czerwca – chodziło o temperaturę ciał, powietrza, poznanie nieznanego, zabawę, przyspieszony oddech, radość z seksu i nieskrępowaną cielesność. I nie było w tym walentynkowego zadęcia, bezguścia, odseparowania, pokazowości i niespełnionych oczekiwań. W noc świętojańską wszyscy bawili się razem, nie myśleli o randkowaniu ani o tym, kto, za co i ile ma zapłacić. Byli sobą i wiedzieli, czego chcą. To był czas, kiedy miłość była za darmo, a kochanie zostawało na chwilę lub na zawsze. Tak bardzo szkoda, że w XXI wieku 24 czerwca stał się grzeszny i zamienił się w masowe pijackie imprezy pod nazwą Wianki, z których nie zostaje nic prócz moralnego kaca.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, badacz społeczny.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »