Minimalizm: sztuka prostego życia

fot.123rf

Im więcej rzeczy posiadasz, tym więcej spraw zaprząta twoją głowę. Aż w końcu przestajesz je ogarniać. Postaw na minimalizm. – to prosta droga do spokoju i radości na co dzień – mówi Anna Mularczyk-Meyer.
W książce „Minimalizm po polsku” opisuje pani swoje życie „sprzed minimalizmu”. Czyli w skrócie: ciągły pośpiech i duży, zbyt duży stres.

reklama

Stres może niszczyć, a takiego rodzaju stresu w moim wcześniejszym życiu było bardzo wiele. Dzisiaj widzę, że do wielu sytuacji sama dopuszczałam, że były one konsekwencją moich pewnych zachowań. Wtedy jednak wydawało mi się, że po prostu pewne rzeczy mi się przydarzają. I że nie mam na to wpływu.

Co było największym źródłem stresu?

Przekonanie, że muszę zrobić jak najwięcej, maksymalnie wypełniać swoją dobę. Poza tym miałam dosyć nieuregulowany stosunek do wydawania i zarabiania pieniędzy, w związku z tym wydawałam więcej niż miałam. I zamiast ograniczyć swoją konsumpcję, coraz więcej czasu spędzałam w pracy, żeby zarobić na swoje potrzeby. Ale mimo to, ponieważ nie umiałam tymi zarobkami dobrze gospodarować, żyłam w ciągłym stresie, czy wystarczy mi do kolejnej wypłaty. Praktycznie wydawałam pieniądze, których jeszcze nie zdążyłam zarobić, więc w konsekwencji ciągle spłacałam debet. Do tego dochodził jeszcze brak snu, wieczne zmęczenie i pośpiech. Po pracy zamiast iść na spacer czy spokojnie wrócić do domu, biegałam w tysiąc różnych miejsc, tu chciałam zarobić, tam wydać, jeszcze w innym miejscu bardziej się doszkolić. Miałam też coraz bardziej przytłaczające uczucie, że nie ogarniam domu. Bałagan wchodził mi na głowę, notorycznie nie miałam czasu, żeby posprzątać, traciłam więc cenne minuty na poszukiwanie potrzebnych rzeczy pod stertami tych niepotrzebnych.

Te wszystkie małe stresy, po złożeniu ich do siebie, powodowały, że byłam nieustannie zestresowana, zagoniona, a krótki urlop dwa razy do roku nie pozwalał na odreagowanie. Zresztą, jak później zrozumiałam, nie chodzi wcale o to, by odreagowywać stres czy przemęczenie, ale by wyeliminować ich przyczyny.

Czy był jakiś moment krytyczny?

To był moment, kiedy zrozumiałam, że dłużej tak już nie chcę żyć, że nie dosypiam, nie mam czasu dla bliskich ani dla siebie. Zaczęłam więc szukać dróg do poprawy sytuacji i tak trafiłam na minimalizm. Od początku mnie pociągał, ale wydawał mi się mało osiągalny i bardzo odległy od tego, jak do tej pory żyłam. Pierwsze zmiany były zatem dosyć frustrujące, musiałam się zmierzyć z moimi przyzwyczajeniami, nawykami. A praca z nawykami nigdy nie jest łatwa. Zaczęłam powoli, od porządkowania bałaganu i pozbywania się nadmiaru rzeczy. To ostatnie też było trudne, bo rozstawaniu się z kolejnymi rzeczami towarzyszył lęk: A co jeśli będę żałowała? Co jeśli będę potrzebowała danej rzeczy? Ale szybko zaczęłam dostrzegać korzyści. W miarę jak ubywało rzeczy, ubywało też zajęć. Stopniowo nauczyłam się dyscypliny panowania nad swoimi zachciankami. Okazało się, że w moim życiu zaczął coraz częściej gościć spokój i stopniowo ubywało tych drobnych źródeł stresu. Pojawiło się za to dużo radości, nauczyłam się cieszyć zwykłymi chwilami.

Im mniej mamy rzeczy, tym mniej związanych z nimi stresów – napraw, pielęgnacji, czyszczenia…

Wiadomo, że nie da się żyć bez potrzebnych nam sprzętów czy produktów. Daleka jestem od tego, by mówić ludziom, żeby pozbywali się telewizorów czy samochodów, bo to zależy od osobistych potrzeb i warunków. Na pewno jednak nie ma sensu posiadać rzeczy, które nie są nam niezbędne. To duże obciążenie fizyczne, ale jeszcze większe psychiczne.

Z drugiej strony, kiedy już uda nam się wyselekcjonować rzeczy, które chcemy mieć, bo są nam potrzebne lub piękne, to tworzymy sobie sytuację idealną – otaczamy się tylko tym, co lubimy.

Myślę, że jestem już na tym etapie, że mam w swojej szafie same ulubione rzeczy, i kiedy sięgam po którekolwiek ubranie, czerpię przyjemność z tego, że jest ono ładne, wygodne i że będę się w nim dobrze czuła. Jako kobieta też mam z tego satysfakcję. Jest takie krzywdzące przekonanie, że szafa minimalisty jest szaro-beżowo-biała, ascetyczna i bez wyrazu. I pewnie niektórzy mają takie rzeczy, ale przecież nie wszystkim taka kolorystyka pasuje. Każdy jest inny.