Minimalizm w polskim wydaniu

fot.123rf

Czujesz, że idea minimalizmu jest ci bliska, ale nie potrafisz wprowadzić
jej w życie? Jak udowadnia blogerka Anna Mularczyk-Meyer, nasz dzisiejszy materializm można tłumaczyć względami historycznymi.

Skąd pomysł na tytuł książki – „Minimalizm po polsku”?

reklama

Od czytelników mojego bloga otrzymywałam sygnały, że brakuje im polskiego kontekstu w publikacjach o minimalizmie, dostępnych na rynku i w Internecie. Bo choć Dominique Loreau czy Leo Babauta piszą barwnie i ciekawie, to obyczajowość japońska czy amerykańska, na jakiej bazują, daleka jest od naszej codzienności. Dla mojego pokolenia bardzo istotny był okres PRL-u i późniejszy przełom, te doświadczenia wpłynęły na nasz stosunek do posiadania, konsumpcji, ale też życia jako takiego. Wiele przyzwyczajeń wynosimy z domu, w tym wypadku domu PRL-owskiego niedostatku, wiecznej tęsknoty za lepszym. Późniejsze przemiany gospodarcze otworzyły nas z kolei na nadmiar, niespotykany dotąd wybór, co jeszcze bardziej wykrzywiło to podejście. Brakuje nam narzędzi, by radzić sobie w konsumpcyjnym świecie, wszystkiego uczymy się na błędach.

Przez bardzo długi okres naszej historii byliśmy zmuszeni do ciągłego ograniczania się w każdej dziedzinie życia i tęskniliśmy za dostatkiem.

Myślę, że niepewność jutra, także ta materialna, wykracza daleko poza okres PRL-u, to doświadczenie kilku ostatnich stuleci w Polsce. W ten sposób wykształciła się słynna polska cecha – zapobiegliwość. Lubimy i potrafimy zabezpieczać się na „ciężkie czasy”, robić zapasy i przygotowywać rozwiązania awaryjne. Z jednej strony to przydatna cecha, a z drugiej – wypacza stary dobry rozsądek.

Ja na przykład mam problem z odmówieniem sobie kolejnej książki. Kiedyś sobie obiecałam, że nie będę oszczędzać na książkach, bo wcześniej musiałam…

Każdy, kto doświadczył jakiegoś niedoboru, tym bardziej jeśli trwał długo i nie wynikał z jego decyzji, odczuwa potrzebę zrekompensowania sobie tego braku. To zupełnie naturalna reakcja. Aby zacząć walczyć z nadmiernym gromadzeniem zapasów czy kupowaniem kolejnych książek, których nie mamy nawet czasu przeczytać, musimy dojść do momentu, w którym ta sytuacja zaczyna nas uwierać. Bo wtedy będziemy mieli motywację do zmiany. I zaczynać od małych kroków, powoli zmieniać przyzwyczajenia. To trochę tak jak z przejściem na dietę. Lepiej odzwyczajać się od słodyczy czy innych niekorzystnych dla samopoczucia pokarmów powoli, niż powiedzieć kategorycznie: „od poniedziałku nie zjem ani grama czekolady”. W przypadku książek można zacząć od wyznaczenia sobie limitu egzemplarzy, które kupuję w miesiącu, w roku itd. Ideałem jest oczywiście, by nie trzeba było tego robić, by zmniejszenie naszych potrzeb nastąpiło naturalnie. Czyli kupuję w miarę jak czytam, a jak przeczytam, to przekazuję dalej, znajomym lub bibliotece.

Ale jedną sprawą jest powstrzymać się przed kupieniem czegoś nowego, a inną – coś oddać lub wyrzucić. To drugie jest o wiele trudniejsze.

Nie chodzi o to, by pozbywać się rzeczy, które są istotne. To, do czego zachęcam, to nauczyć się rozgraniczać, jakie rzeczy są nam potrzebne – nawet jeśli nie z czysto użytecznego względu, to dlatego, że poprawiają nam humor czy ozdabiają mieszkanie – a jakie są bezużyteczne czy wręcz przywołują niemiłe wspomnienia. Radość, jaka płynie z dzielenia się z innymi, to cudowne doświadczenie. W czasach PRL-u robiliśmy to bardzo spontanicznie. Słynna szklanka cukru, pożyczona od sąsiada, za którą odwdzięczaliśmy się na przykład szklanką soli. Teraz chcemy mieć wszystko dla siebie. Robi mi się smutno, gdy rozmawiam z kimś i słyszę, że ma za dużo ciuchów, ale nie potrafi się z nimi rozstać. Ale coraz częściej ktoś mi mówi, że się przemógł i przekonał, jaka to satysfakcja zobaczyć, że ktoś w rzeczy, którą od nas dostał, chodzi i świetnie wygląda. To najlepsze lekarstwo na chęć chomikowania i gromadzenia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »