Modne przeprowadzki na wieś – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

123rf.com

Katarzyna Droga poszła za głosem serca i wyprowadziła się z Warszawy na prawdziwie głuchą wieś. Idea modna, zwłaszcza, że miasta coraz brudniejsze i walczą ze smogiem. Ona sprawdziła ją w praktyce. Co przeżyła, opisała z wnikliwością badacza. Czym zaskoczyły ją trzy kwartały spędzone w sielskim raju? Jakie wskazówki rozwojowe daje takie doświadczenie?

Wyjechać na wieś! Marzenie pielęgnowane od lat stało się możliwe. Dom na wsi, blisko natury, w nim ja: nie na weekend po pokonaniu korków, nie na wyszarpany urlop w lecie. Na stałe! Kawa na tarasie z widokiem na łąki. Ogród, w nim moje psy, szczęśliwe i swobodne. To w lecie, a zimą kominek, biało i mroźno za oknem, kuligi z pochodniami, biegówki. Dzielę czas na pisanie i czytanie książek, pichcenie smakołyków, życie rodzinne na wsi spokojnej i wesołej. Tak miało być.

Co się stało z czasem?

Budzik wprawdzie nie dzwoni, ale znakomicie zastępują go psy. W mieście ospałe aż do porannego spaceru, tu nagle ożywione od świtu z szaleństwem w głosie alarmują, że koty atakują ogród. Jazgot okropny, wtórują im sąsiedzkie, ruszają traktory, bo rolnicy wiozą mleko do mleczarni. Łoskot na dachu – to wrony. Stukają dziobami, pazurami, po co? Nie wiadomo, ale jakby walił w blachę grad. Wstaję wcześniej niż w mieście. Nie szkodzi, kawa z widokiem na rozlewiska pomaga i dobrze zacząć pracę o poranku. Biurko i laptop czekają. Miejsce pracy zgodnie z zaleceniami feng shui: urządzone w bibliotece na pięterku, tam gdzie książki i atmosfera, dobre światło, widok na drogę. Skupienie trwa chwilę. Motory, krowy na łąki, dzieci do szkoły, sąsiadka do sklepu, znów w towarzystwie psiego ujadania, jakby wieś atakowali terroryści. Moje własne przybiegają z żądaniem, żeby wypuścić je na dwór, wpuścić, wypuścić… Więc góra – dół, schody – biurko, za chwilę znowu dół, bo ktoś puka, trudno. Przenoszę swoje miejsce pracy do kuchni. Tu mam wszędzie blisko – i do garów, i do drzwi. Jak się okazuje, w kuchni także najcieplej. Skupimy się i do roboty, muszę przecież napisać ten właśnie tekst o życiu na wsi… Mija nawet kwadrans, ale: do sklepu trzeba skoczyć przed dziesiątą, bo potem już nie ma pieczywa, a sklep jest tylko jeden. Potem czyhanie na listonosza – żeby wysłać listy, bo nie ma tu poczty. Tak samo ze śmieciarzami: przegapisz ich, nie wezmą twojego kubła. Zagląda ktoś życzliwy z pytaniem, czy nie chcę jajek i ryb, świeżo złowione. Jakim cudem zrobiła się dwunasta?

Dziwy i tajemnice

Dom po rodzicach, z historią, z dobrą energią. Wiadomo, że ma swoje tajemnice, albumy, zapiski pełne wspomnień. Ma też inne sekrety: słabo pojemne szambo, dziury w okiennicach, stary dymiący piec. Przy używaniu wody po miejsku, na bogato (ot: pranie, prysznic, zmywanie) szambo odbija zawartość do piwnicy… nic przyjemnego, sprzątanie konieczne, mało romantyczne i obnaża następne niespodzianki: gniazda myszy w spiżarni. Hanna Banaszak kiedyś śpiewała o myszce: „nigdy nie mówię jej a kysz!”. Zapewniam: kobieta nigdy nie mieszkała na wsi. Z humanistki zmieniasz się w mordercę; łapki na myszy, okrutne myśli o truciźnie i tak dalej. Ostatecznie to samoobrona. Pies Kleks, terier, triumfuje: upolował trzy, zabił, ale myszy nie jada… Kremacja? Brr. Dom kochany, ale jest siedzibą starą, co oznacza nieustający remont, bo zdarła się podłoga, odpadają elewacja i drzwiczki w meblach kuchennych. Do tego na wsi co raz zabierają prąd. Nagle nie ma i już. Oczywiście wtedy, kiedy udaje się stworzyć kilka słów i nie zapisać pracy. Dzwonię do elektrowni. Planowe zawieszenie dostawy. Czemu? No planowe, praca na sieci energetycznej. Ile czasu? Do 16. Sześć godzin aż? To „tylko”, nie „aż”, proszę pani… Cóż, przynajmniej jest dobry pretekst, żeby nareszcie wystawić gębę do słońca, może odwiedzić kuzynkę na obiecaną kawę? O relacje sąsiedzkie trzeba na wsi dbać. W naszym brzegu wsi (tak się mówi) jest sześć domów. Takie trochę większe Bullerbyn. Trudno, żeby wszyscy się nie znali. Trudno, żeby wszyscy się kochali. I nic nie umknie oczom sąsiadów, a pytań nie owijają w bawełnę. „A czemu światło palisz do pierwszej w nocy, coś piszesz, a co?”, „Goście byli, rejestracja zagraniczna, to kto?”. Medal ma drugą stronę: wpadasz w zaspę autem – lecą pomóc, robią wykopki – przywożą ci worek ziemniaków, drzewa z lasu trzeba – będzie. Są kochani, pomogą nawet wydobyć się z błota, o czym za chwilę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »