Poprawność polityczna: terror czy lek na całe zło?

fot.123rf

Czy przepuszczanie kobiet w drzwiach jest dziś przejawem seksizmu, czy oznaką dobrego wychowania? A słowo „murzyn” to już obraza czy wciąż akceptowalne określenie? Afroamerykanin – przesada czy zwrot politycznie poprawny? Czym jest polityczna poprawność, kiedy się kończy, a zaczyna szaleństwo, zastanawia się filozofka Agata Bielik-Robson.
Polityczna poprawność panuje w świecie zachodniej cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. Niektórzy uważają, że zjawisko ma już charakter terroru języka i myśli, inni – że to najlepsza metoda, by naprawić dawne krzywdy, które dotyczą wielu grup społecznych.

reklama

Polityczna poprawność (political correctness) – pp, zakłada, że w świecie jest wiele zła, na które zapracowały rozmaite tradycje. I że to wszystko mieszka w języku. A ten można zmienić, unikając pewnych tematów i używając nowych słów, a tym samym zmieni się rzeczywistość. Ja jednak nie wierzę w moc zmiany myślenia przez samą tylko językową represję, czyli w to, że jeżeli zapanujemy nad językiem i wyrugujemy wszystkie mroczne stereotypy, pejoratywne określenia dotyczące jakiejś grupy etnicznej, obyczajowej, to znikną problemy. Jeden z ciętych publicystów amerykańskich Robert Hughes nazwał tę wiarę „lingwistycznym Lourdes”. Zanurza się jakąś brzydką frazę w tym Lourdes i wychodzi nam Przenajświętsza Panienka. Pisarz Saul Bellow także był przekonany, że tego rodzaju wiara w językowy cud nic nam nie pomoże i że lewica, która zainwestowała w pp, przestała widzieć obiektywną rzeczywistość i tylko udaje, że rozwiązuje jej problemy. Poza tym pp nie jest po prostu tylko fenomenem lewicowym. Cywilizowani ludzie przecież zawsze stosują jakąś poprawność, moja jest częścią elementarnej grzeczności.

Nie lubię stereotypów, nie sprawia mi przyjemności obrażanie ludzi generalizacjami. Zawsze więc będę bronić pp jako stałego elementu cywilizowanej gry – ale już nie jako strategii rozwiązywania społecznych problemów.

Nowością naszych czasów jest egalitaryzm też w chamstwie, każdy może wszystko powiedzieć, każde głupstwo i każdą podłość. Może więc był czas, by użyć radykalnych metod?

Tak, to jest jakaś korekta wobec populizmu, masowego gniewu, namierzania wroga, zrzucania zła na obcego. Warto się jednak zastanowić nad granicami takiej językowej represji, bo tłumienie bywa bardziej szkodliwe niż ujawnianie. Ludzie w Polsce często posuwają się do absolutnego chamstwa między innymi dlatego, że czują, że ich poglądy nie są w ogóle akceptowane i wyrażają swoje prawo do wolności słowa w sposób histeryczny. Tu trzeba umiejętnie ważyć między liberalnymi przywilejami a skądinąd słusznym postulatem ograniczania w sferze publicznej tak zwanej mowy nienawiści. Ja opowiadam się za liberalną ogładą i za wychowywaniem do obywatelskości, czyli do postawy, w której obywatele uczą się występować w sferze publicznej bez miotania obelg, bez wściekłości i wrzasku.

Kultura zawsze jest jakąś formą represji, małej i dużej, a więc poprawności.

Oczywiście, nie ma kultury bez represji. A język pozornie można najłatwiej nareperować. Teoria pp głosi, że w języku są pokłady zła, które trzeba i można wyeliminować. Mężczyzna, nazywając kobietę choćby kobitką, może nie zdawać sobie sprawy, że to lekceważące, choć dziś trudno już w to uwierzyć. Zwolennicy politycznej poprawności dowodzą, że język jest tak skonstruowany, że odzwierciedlają się w nim wszystkie nierówności, tymczasem  użytkownik języka ma wrażenie, że używa go na sposób przezroczysty. Tak nie jest. Język rzadko kiedy bywa neutralny. Dlatego niezbędnym elementem liberalnej ogłady jest uświadomienie sobie, że język także potrafi ranić: to się nazywa symboliczną przemocą, często nie mniej bolesną niż przemoc realna.

Nieuchronnie jednak pojawia się kwestia granic: represji dozwolonej i koniecznej, która jednak może stać się niepotrzebną opresją. Nie tak dawno w Stanach prezydent Obama nazwał przewodniczącą sądu najwyższego najurodziwszym sędzią, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia. Uwaga sama w sobie zupełnie niewinna, u nas przeszłaby raczej niezauważona, a we Francji pewnie uznano by ją za komplement, nawet tamtejsze feministki by się nie oburzyły. Tam natomiast oburzyli się wszyscy, nawet konserwatyści uznali uwagę za seksistowską. W Stanach zatem pp potrafi stać się narzędziem kolejnej opresji. Oto dowód, że nie ma takiej doktryny, nawet szlachetnej, której ludzkość nie potrafiłaby obrócić w pretekst do terroru.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »