Portale społecznościowe: czy na pewno bez nich istniejesz?

fot.123rf

Dla jednych to idealna możliwość autokreacji, dla innych totalna inwigilacja i targowisko próżności. Ale jeśli cię nie ma na portalu społecznościowym, to czy na pewno istniejesz?
Wszystkie portale bazują na naszych emocjach. Na chęci bliskości z drugim człowiekiem. Na tyle jednak bezpiecznej, że w każdej chwili można się wycofać, albo kasując swój profil, albo ograniczając do niego dostęp jedynie wybranym osobom. Jednak trzeba pamiętać, że jeśli nie ustawimy zakresu swoich prywatnych danych, nasz profil – zawodowy czy prywatny – może obejrzeć także nasz przyszły pracodawca, były chłopak albo zazdrosny partner. Serwisy społecznościowe wykorzystywane są też przez służby np. śledcze czy sądowe w oficjalnych postępowaniach karnych. Na niektórych procesach sądowych dowodami przeciwko oskarżonym były właśnie ich wpisy na portalach społecznościowych.

reklama

Wszystko jest dla ludzi, byle rozsądnie z tego korzystać. Jak już raz się wejdzie w Internet, trudno z niego wyjść. Ślady zostają na lata, żeby nie powiedzieć po (internetową) wieczność. To broń obosieczna, bo portale nie są dla nas, to my raczej jesteśmy dla nich. Jako wielotysięczna społeczność, której można coś wmówić lub coś sprzedać. Jesteśmy „targetem”. Warto o tym pamiętać, ogłaszając „znajomym”, co nam dziś w duszy gra… I traktować raczej jako rozrywkę niż czarną dziurę.

Co wybrać?

FB – gdybyśmy zechcieli przetłumaczyć ten termin dosłownie, Facebook jest zbiorem twarzy. Nietrudno zrozumieć źródło tej nazwy, jeśli się sięgnie do momentu powstania portalu, a w zasadzie, wówczas, skromnej stronki zawieszonej na studenckim serwerze. Chodziło o to, by pewne zamknięte grono chłopców z college’u mogło klikać „lubię to” lub „nie lubię” pod zdjęciami wybranych dziewcząt. Zdjęcia publikowano bez wiedzy i zgody owych dziewcząt, a dostęp do strony mieli jedynie wtajemniczeni. Jednak ten szczególny ranking szkolnych koleżanek zaczął cieszyć się ogromnym powodzeniem, grono miłośników głosowania rozrastało się w tempie kosmicznym, aż akademickie serwery zaczęły padać. Na wyraźną „prośbę” władz uczelni serwis zmienił nieco swój charakter i miał służyć podtrzymywaniu szkolnych znajomości w ramach jednej uczelni. Następnie kilku, kilkunastu, potem nie tylko znajomych z uczelni, ale w ogóle znajomych – i tak w ciągu paru lat pomysłodawca Facebooka został miliarderem, a my (prawie) wszyscy niewolnikami Internetu, swoich kreacji i dostarczycielami osobistych danych, którymi właściciele portali społecznościowych handlują poza naszymi plecami. Nie ma cię na Facebooku? Nie istniejesz. Co poniektórzy próbują jeszcze zachować anonimowość, ukrywając się pod pseudonimami, ale to anonimowość pozorna. W końcu parę osób o nas wie, że to my, prawda?

Twitter – na świecie bardzo popularny i powszechny, u nas wciąż używany głównie przez celebrytów i polityków. To „mikroblog” pozwalający na krótkie komunikowanie się z fanami, wyznawcami, osobami, które śledzą naszą publiczną działalność. Miliony osób chcą wiedzieć, o której ich idol wstał, co zjadł na śniadanie lub w jaki sposób skomentował (jednym zdaniem, bo na więcej zwykle nie ma miejsca) aktualną sytuację polityczną czy towarzyską. Na świecie za pomocą Twittera udało się wiele kampanii reklamowych i społecznych.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »