Jak budować dobre relacje w pracy

fot.123rf

Relacje z ludźmi nie spadają z nieba, sami je budujemy i mamy wpływ na to, jak to robimy. Nie miejmy zatem pretensji, że spotykamy się z oporem, jeśli zamiast szukać porozumienia, stawiamy barykady.
Pierwszą od godziny nieprzepełnioną żalem myślą Barbary było: „Jak teraz stąd wyjść i pokazać się ludziom na oczy?”. Nie było drogi pozwalającej ominąć open space po wyjściu z toalety, w której spędziła ostatnie

reklama

40 minut. Lustro pokazywało zapuchniętą od płaczu twarz, rozmazany makijaż i włosy w nieładzie. „Piękna pani menedżer, nie ma co, i jaka profesjonalna w swoim zachowaniu!” – pomyślała Barbara i łzy znowu popłynęły ciurkiem.

Przedszkolanka?

Barbara pracowała w call center od dwóch tygodni i była kierowniczką działu, co jeszcze niedawno wydawało jej się awansem zawodowym otwierającym nowe życiowe perspektywy: dobre zarobki, atrakcyjne zagraniczne wyjazdy i praca z ludźmi miały być spełnieniem oczekiwań i dostarczać satysfakcji, a jak dotąd, jedyne, czego dostarczały, to stres i nieustająca frustracja. Zaczęło się pierwszego dnia, kiedy radosna stawiła się u dyrektorki, która – jak sądziła – wprowadzi ją w tajniki pracy, przedstawi zespołowi i określi obowiązki. Jednak dyrektorka powitała ją promiennym uśmiechem i powiedziała: „Witamy na pokładzie, mam nadzieję, że będzie się nam dobrze współpracowało, proszę się zabierać do ogarnięcia pani gromadki, bo koniecznie musimy poprawić wyniki oddziału. Ja teraz wyjeżdżam i nie będzie mnie przez tydzień, ale myślę, że w tym czasie pani wdroży się w swoją pracę i zacznie wprowadzać nowego ducha do zespołu”. Na pytania Barbary o to, co konkretnie ma robić przez ten tydzień, dyrektorka odpowiedziała, że powinna poznać zespół i zastanowić się nad zmianami, jakie chciałaby wprowadzić. A co robić – „wyjdzie w praniu”. No i wyszło. Zespół przywitał ją wrogim nastawieniem. Widać było, że wyznaczyli jej miejsce po drugiej stronie barykady. Nie mogła się niczego dopytać, nie wiedziała, jakie były dotychczasowe zasady pracy i ustalenia, co rzeczywiście było odgórnie narzucone, a jakie zachowania wynikały z utrwalonych złych nawyków. Podstawową odpowiedzią, jaką otrzymywała, było: „nie wiem, nie ja to wymyśliłam”. Kiedy próbowała określić jakieś zasady i je wdrożyć, napotykała bierny opór. Po tygodniu wróciła dyrektorka, pod koniec drugiego tygodnia Barbara umówiła się z nią na rozmowę, żeby poradzić się, jak rozwiązać trudności. Jednak, gdy usłyszała, że została tu raczej zatrudniona jako przedszkolanka, a nie przyjęta do grupy maluchów, jedyne, na co było ją stać, był płacz w toalecie.

Zmiana scenariusza

Czy gdyby można było przewinąć ten koszmarny film do początku, mogła inaczej odegrać swoją rolę? W czasie naszej rozmowy, gdy Barbara próbowała przyjrzeć się sytuacji z boku, przyznała, że jej zachowanie nie było bez znaczenia w wytworzeniu się wrogiej relacji z zespołem. Kiedy okazało się, że nikt jej nie wprowadzi, nie przedstawi, że ma sobie radzić sama, wpadła w panikę i żeby się nie skompromitować, przywdziała kostium profesjonalnej bizneswoman. Weszła do sali, sucho i oficjalnie przedstawiła się, po czym obwieściła, że teraz będzie inaczej: wszyscy, łącznie z nią, ostro zabiorą się do pracy, a ona stopniowo będzie przedstawiać kolejne sposoby i narzędzia służące optymalizacji pracy zespołu. Uwagi i zapytania należy kierować do niej e-mailem, w ten sposób będzie również udzielała odpowiedzi. Po tym wystąpieniu udała się do swojego pokoju, gratulując sobie w duchu, że nikt chyba nie zauważył, jak bardzo była spięta.

Ten fragment filmu zdecydowanie można byłoby nakręcić inaczej. Rola, jaką zagrała Barbara, podyktowana była lękiem przed negatywną oceną i odrzuceniem. Paradoksalnie właśnie to spowodowało, że otrzymała to, czego się najbardziej obawiała: nieufność i niechęć do współpracy. Bo kiedy rozpoczynamy jakieś działanie pod wpływem lęku, wstydu lub poczucia winy, skutki bywają mniej lub bardziej opłakane. W relacjach z ludźmi najlepiej sprawdza się bycie autentycznym. Otoczenie wychwytuje podświadomie rozdźwięk pomiędzy wizerunkiem prezentowanym na zewnątrz a stanem wewnętrznym. Ktoś, kto zgrywa „ostrą”, trzęsąc się w środku jak osika, nie wzbudza zaufania.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »