Reportaż: Wspólnota przyjaciół

Fot. Agnieszka Rodowicz

Mają po 20, 30, 40 lat. Niektórzy są z Warszawy, inni przyjechali do stolicy na studia, do pracy. Mają różne zawody, pasje, zainteresowania. Łączy ich wiara. I fakt, że przyjaźnią się z bezdomnymi.

reklama

(…)

Członkowie wspólnoty, zanim poszli na pierwsze spotkanie z bezdomnymi, niewiele wiedzieli o ich życiu. Mieli na ich temat wyobrażenia, stereotypy. I rozmaite obawy.

– Nie było mi łatwo słuchać ich trudnych historii. Tym bardziej że czasami nieprzyjemnie pachną. Choć większość ubogich jest porządnie i czysto ubrana – mówi Kasia Bąk, absolwentka pedagogiki, która na co dzień pracuje w prywatnym żłobku. W Sant’Egidio
jest jedną z osób odpowiedzialnych za Szafę Przyjaciół. Wspólnota prowadzi ją od czerwca. W poniedziałki można tam oddać ubrania, pościel, śpiwory, buty, kosmetyki. W czwartki potrzebujący mogą wybrać sobie jeden komplet ubrań i buty.

– Spodziewałam się smutku, bólu, dystansu. A było bardzo normalnie, miło, nawet śmiesznie – wspomina Sylwia.

Ewelina Wójtowicz, śliczna dziewczyna z włosami do pasa i uśmiechem Mona Lizy, pracuje w dziale rozliczeń firmy medycznej. Wspomina, że i wolontariusze, i ubodzy przyjęli ją bardzo serdecznie.

– Byłam poruszona tym, ile jest między nimi przyjaźni! Teraz gdy na spotkaniu pojawia się ktoś nowy, Ewelina podchodzi, przedstawia się, pyta, co słychać.

Co słychać u bezdomnych? – Różnie – wyjaśnia Ewelina. – Ktoś czeka na rozmowę w sprawie pracy, komuś brakuje świeczek, leków.

– Bezdomni, ubodzy to często osoby chore. Widząc rany czy owrzodzenia, mogę jedynie powiedzieć: „Z tą nogą trzeba koniecznie iść do szpitala na Lindleya” – mówi Dawid Frajnt, farmaceuta pochodzący spod Zamościa. – Czasami przynoszę leki bez recepty, podpowiadam, gdzie pójść nieodpłatnie do lekarza. Więcej zrobić nie mogę. Leczyć powinien lekarz.

Trudne historie

– Początkowo nie wiedziałem, o czym rozmawiać. Zapytać „Co słychać?” wydawało mi się banalne, może nawet nietaktowne – wspomina Dawid. Z czasem nauczył się pytać o wszystko: Jak długo ktoś jest na ulicy? Czy ma pracę? Gdzie nocuje?

– Jedni odpowiadają zdawkowo, inni opowiadają historię całego życia – mówi Przemek Puzio, dobrze ubrany przystojniak, na co dzień student prawa. Bardzo poruszyła go opowieść młodego chłopaka, który przyjechał niecały rok temu z końca Polski do Warszawy do pracy. Pracodawca mu nie płacił. Chłopak zrezygnował z pracy, tułał się, skradziono mu portfel z dokumentami i pieniędzmi, telefon. Nie dał rodzinie znać, bo wstyd. Do dziś jest bezdomny. – Nie trzeba się wysilać, by wylądować na ulicy. Czasami to kwestia przypadku – mówi Przemek.

Kasi utkwiła w głowie historia mężczyzny, który w wypadku samochodowym stracił córkę i rodziców. Niedługo potem rozstał się z żoną. Nie wytrzymał psychicznie.

– Gdy go spotkałam, był w depresji. Towarzyszenie mu w cierpieniu nie było łatwe – wspomina Kasia. Poznała też człowieka, który spędził 18 lat w domu dziecka, po czym znalazł się na ulicy. Mieszka w centrum Warszawy, w krzakach. – Powiedział mi, że gdyby spotkał swoją matkę, naplułby jej w twarz. To są trudne momenty – mówi Kasia.

Dominika jeździ w środy na lotnisko. – Spotykam tam między innymi Polaków, którzy zostali skądś deportowani. Nie mają dokąd pójść. Nocują na peronach na dworcach, na klatkach schodowych między parkingiem a terminalami – wyjaśnia dziewczyna. Na Dworcu Zachodnim trafia na Ukraińców, Białorusinów, którzy przyjechali do Polski pracować. Ktoś miał ich odebrać z dworca. Nie pojawił się. Więc tam tkwią.

(…)

Więcej w grudniowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 12/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.