Rozkosz i smak: jakie potrzeby zaspokajamy przez jedzenie?

fot.123rf

Historia ludzkości to w dużej mierze bardzo barwna, czasem smakowita,
a niekiedy obrzydliwa opowieść o  jedzeniu. Jaki z niej płynie morał? Że pogoń za sytością i zadowalaniem naszego podniebienia może być równie zwodnicza co obsesja na punkcie zdrowego odżywiania.

Podobno wszyscy jesteśmy zaprogramowani w ten sposób, że staramy się unikać bólu i szukamy przyjemności. Te dążenia wyjątkowo mocno dochodzą do głosu, gdy w grę wchodzi odżywianie. Posilając się, unikamy cierpienia, jakim niewątpliwie jest głód, i dostarczamy przyjemności kubkom smakowym. Na szczęście w naszych czasach i w naszej szerokości geograficznej pierwszy cel możemy osiągnąć dość łatwo. Częściej więc skupiamy się na drugim, sięgając po coraz bardziej wyszukane potrawy i smaki.

reklama

Menu ludzkości jest przebogate. Z jednej strony wiadomo, że dieta wegetariańska znana była już w starożytności, z drugiej w tym samym czasie z lubością spożywano nogi wielbłądów (podobno gustowała w nich Kleopatra). Przez wieki głód zmuszał ludzi do jedzenia koniny, mimo że mogło to być odczuwane jako swego rodzaju ludożerstwo (według niektórych teorii psychoanalitycznych koń jest projekcją naszej nieświadomości). W starożytnych Atenach jedzono pawie, w Rzymie – młode gołębie. Żeglarze biorący udział w wyprawie Kolumba chętnie konsumowali iguany, w nowożytnym Meksyku na stoły trafiały traszki. Pierwsi angielscy osadnicy w Wirginii łapali wędrowne gęsi, a  łabędzie zniknęły z europejskich półmisków dopiero w w XVIII wieku.

Czym dla ciebie jest jedzenie?

Powody, dla których ludzie sięgają po tę czy inną żywność, mogą być różne. Potrzeba, ciekawość, bardzo często jednak także nieposkromiona żądza… Ogromną słabością do jedzenia odznaczał się Aleksander Wielki (jednocześnie zabraniał swoim żołnierzom żucia liści mięty, żeby wywołane w ten sposób pobudzenie seksualne nie utrudniało im walki). Adolf Fryderyk znany jest w Szwecji jako król, który zmarł z obżarstwa. Właściwie na atak serca, tyle że nastąpił on po uczcie, podczas której władca spożył homara, kawior, wędzone śledzie, kiszoną kapustę, zupę z kapusty i – bagatelka! – 14 porcji ulubionego deseru. A wszystko to podlane było szampanem. Zachary Taylor, jeden z mniej znanych prezydentów Stanów Zjednoczonych, zmarł w pięć dni po Święcie Niepodległości, które obchodził, wypełniając żołądek wiśniami i mrożonym mlekiem (w ilościach hurtowych). Niektórzy uważają, że właśnie ten brak umiaru w jedzeniu doprowadził do jego śmierci. Mieszko Otyły z dynastii Piastów potrzebował 15 pieczonych kurczaków i kilku litrów wina, żeby jego organizm powiedział „dość”. Podobno gospodarzem największej uczty w historii Rzeczypospolitej był Michał Korybut Wiśniowiecki. Przyjmuje się, że przyczyną zgonu było w jego wypadku pęknięcie wrzodu żołądka. Według mniej oficjalnej wersji zadławił się ogórkiem.

Włosi są autorami powiedzenia: „Nie żyje się po to, żeby jeść, ale je po to, żeby żyć”. Być może chroni ich to przed zatraceniem się w przysmakach lokalnej kuchni. Przywołują się w ten sposób do porządku, przypominają sobie, że jedzenie to nasze paliwo, że to jego podstawowa funkcja.

Co robimy z głodu

Pamiętam, jak wiele lat temu przeczytałam po raz pierwszy „Głód” Knuta Hamsuna. Naturalistyczne opisy głodu, skręconych wnętrzności, fantazje o jedzeniu, rozpacz. Wypełnianie żołądka odpadkami znalezionymi na ulicy, żucie wiórów.

I dramat, gdy wreszcie można dostarczyć coś organizmowi, ale nie jest on w stanie niczego przyjąć. Wszystko boleśnie, przejmująco prawdziwe. Z  życia wzięte. Podczas lektury „Głodu” często sięgałam po coś do jedzenia – jakby upewniając się, że jest, że go nie zabraknie…

Maguelonne Toussaint-Samat, autorka książki „Historia naturalna i moralna jedzenia”, twierdzi, że głód to źródło wszelkiej ludzkiej energii, podstawa rozwoju, przyczyna konfliktów, alibi dla sumienia i główny powód wysiłków, jakie podejmujemy. „Wokół żywności wyrastały cywilizacje i  ścierały się imperia, z jej powodu popełniano zbrodnie, ustanawiano prawa i zdobywano wiedzę” – pisze Francuzka. I sięga do bardzo odległych dziejów – jakieś 60 milionów lat wstecz, kiedy to pewne żyjące na drzewach stworzenie spostrzegło, że przyjemniej mu będzie jeść, jeśli posłuży się czubkami kończyn górnych zamiast pyskiem. Później zaczęło korzystać ze światła dziennego, by łatwiej znaleźć żer. A że zaspokojenie głodu sprawiało dwunożnej istocie tak dużą rozkosz, przez kolejne miliony lat wyrażała je mlaskaniem, któremu towarzyszyło westchnienie. We wszystkich językach świata ten zestaw akustyczny tłumaczy się jako „jeść/pić”, „matka”, „życie”, „dobre”…

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »