Sportowe podróże kitesurferki Karoliny Winkowskiej

Facebook.com/karolinawinkowska

Sportowa pasja nie pozwoliła jej na razie osiąść w jednym miejscu, ale dała możliwość alternatywnego poznawania świata i zrewidowania priorytetów. Karolina Winkowska – 24-letnia kitesurferka – opowiada o tym, jak pogoń za wiatrem pozwala jej unikać życiowego pędu.
Jesteś ciągle w drodze. Czy taki tryb życia nie jest męczący?

reklama

Czasami tak. Ale ja lubię to, co robię. W Polsce nie ma dobrych warunków do uprawiania kitesurfingu. Nawet na świecie nie ma jednego miejsca, w którym byłyby one stale dobre. Sezony, pory roku zmieniają wiatry. By trenować i brać udział w zawodach, muszę podążać do różnych części świata. Powinnam być „opływana” z różnymi miejscami – wiatry znacząco się różnią swoją specyfiką, także odmienna jest powierzchnia wody, a to wszystko ma wpływ na technikę. Latem jestem głównie na naszej półkuli: Wyspy Kanaryjskie, Europa. Często Egipt – tutaj są bardzo dobre warunki do uprawiania tego sportu, w takim maju prawie codziennie jest dobry wiatr. Zimą z kolei latam na drugą półkulę: Australia, RPA, Afryka, Brazylia, Nowa Kaledonia. Średnio przebywam za granicą 8–9 miesięcy w roku. Zmieniam miejsca co dwa tygodnie, czasami co miesiąc, dwa. Do domu wracam tylko pomiędzy kolejnymi wyjazdami. I tak żyję już od ponad 8 lat.

Czy sportowe wojaże dają ci szansę na poznawanie świata?

Tak. Ale ja poznaję go pod innym kątem. Kiedy jestem w Panamie, to nie po to, by obejrzeć Kanał, ale by sprawdzić tamtejsze warunki wiatrowe i spoty kite’owe (miejsca – przyp. red.). Trafiam więc do fajnych małych wiosek z tubylcami, miejsc, gdzie nie zaglądają turyści, a natura jest piękna. Ptaki, zwierzęta, przyroda prawie nietknięta przez człowieka. W Brazylii nie jadę do Rio czy São Paulo, tylko na północne wybrzeże, gdzie są slumsy, a ludzie tak ubodzy, że żyją w drewnianych budkach. Przebywanie w takich miejscach znacznie bardziej mi się podoba niż np. stanie w kolejce do wieży Eiffla. W Panamie zabrałam mamę do wsi zabitej deskami, czego z początku się bała. Ale jak już tam przyjechałyśmy, to powiedziała: „Boże, jak tu jest pięknie!”. To były dla niej najfajniejsze wakacje. Co roku wracam do tych samych wiosek, więc czuję się z nimi związana. Jakbym była u siebie. Zwłaszcza tam, gdzie spędzam 1–2 miesiące, czyli w miejscach na południowej półkuli. Ale po pewnym czasie już muszę wyjechać.

Czy trudy podróży wzmacniają siłę charakteru?

Na pewno dużo mnie to nauczyło. Przede wszystkim dobrej organizacji – w końcu wszystko, co istotne, wożę ze sobą, także mnóstwo sprzętu. Odwołane loty, zgubione bagaże, kradzieże, psujące się samochody, opóźnienia lotów – to wszystko kosztuje sporo nerwów. A w dodatku latam zazwyczaj sama i jestem stale daleko od domu. Jeśli jadę w zupełnie nowe miejsce, to zdarza mi się zastanawiać, kto mi pomoże w razie kontuzji, bo np. najbliższy szpital jest dwie godziny drogi, a telefon w ogóle nie działa. Podróżowanie dostarcza mi więc sporo adrenaliny. Ale dzięki temu bardziej cenię czas, który spędzam w rodzinnym domu. Tu czuję się bezpieczna, bo wiem, że jeśli coś mi się stanie, to są rodzice i lekarze, których znam.

Gdy dopada mnie stres, np. z powodu problemów w podróży, to idę na kite’a. Ten sport niesamowicie uwalnia umysł – gdy wskakujesz z deską do wody, odcinasz się od całego przyziemnego świata. Pozbywasz się myśli, problemów. Jesteś gdzieś między wodą a powietrzem. A wokół masz dużo otwartej przestrzeni i zazwyczaj zero ludzi. Skaczesz i fruniesz. Taki lot w powietrzu potrafię w stu procentach kontrolować. To jest niesamowite przeżycie! Prawdziwe katharsis.

Czego nauczyło cię podróżowanie z kite’em po świecie?

Tego, że można żyć zupełnie inaczej. Jestem z Warszawy i tu poznałam wszystkie stereotypy w stylu, że muszę iść do szkoły, mieć męża i dobrą, stałą pracę, żeby zarabiać kasę. Teraz są one dla mnie nieaktualne. Gdy zaczęłam na serio trenować i startować w zawodach, to moi rodzice byli przerażeni – że nie pójdę na studia stacjonarne, minie mnie życie studenckie i tego typu sprawy. Ale ja nie sądzę, bym coś straciła. Dzięki podróżom i kite’owi mam wielu serdecznych znajomych, np. Brazylijczyków. Często wywodzą się z ubogich regionów. Mieszkają w drewnianych domkach na wybrzeżu, czasami tylko w hamakach. Nie ma pracy, więc rano łowią jakąś rybę, żeby coś zjeść, i tyle. Nawet nie wiem, czy mają rodziców. Ale mimo młodego wieku wielu z nich ma już własne dzieci. Bo tam tak jest. A jednak są mili, otwarci i codziennie rano budzą się szczęśliwi. Żyją pełnią życia. Znam ich od dawna, więc bardzo się cieszę, że teraz, dzięki kitesurfingowi, mogą polepszyć warunki życia. Mają zajęcie, bo przyjeżdżają do nich turyści, by uprawiać ten sport. Zakładają więc restauracje, firmy oferujące kursy kite’a, sami uczą się angielskiego.

Spotkania z ludźmi są dla ciebie inspirujące?

Pewnie, poznałam też wielu Europejczyków, którzy mieli dosyć swojego życia. Spróbowali kitesurfingu i w pogoni za wiatrem zaczęli podróżować po świecie. A wszystkie europejskie normy szlag trafił. Bo poznali smak nowego życia. Takie życie bardziej mi się podoba niż koncentrowanie się na zarabianiu pieniędzy. Teraz już to na pewno wiem. Ci ludzie sprawiają, że jeżdżąc do dalekich miejsc, nie czuję się obco, samotnie. Kitesurferzy są bardzo podobni do siebie. Mentalnie. Dzięki pasji i trybowi życia, który dzielimy, jesteśmy sobie bliżsi. Gdziekolwiek na świecie bym była, każdy, kto spróbuje kite’a, zaczyna ze mną rozmawiać tym samym językiem.

Masz spory bagaż doświadczeń. Jak to się przekłada na twoją postawę życiową?

Z pewnością dużo przeżyłam i zobaczyłam. Z jednej strony nadal jestem jeszcze młoda i sporo muszę się nauczyć, ale z drugiej mam wrażenie, że jestem dojrzalsza od moich rówieśniczek. Bo przekonałam się, że można żyć inaczej. Tak jak ci ludzie, których spotykam na kite’owym szlaku. Tego nie możesz doświadczyć, jeśli nie ruszysz w świat. W przyszłości nie chciałabym się zakotwiczyć w jednym miejscu. Mam znajomych, którzy mieszkają pół roku w jednym punkcie kuli ziemskiej, a pozostałą część w drugim. Moi rodzice pracują, ale każdą wolną chwilę przeznaczają na poznawanie świata. Może to jest pomysł dla mnie.

Pewnie trudno ci zrozumieć ludzi, którzy stawiają tylko na karierę?

Niektórzy boją się wyzwań, podróżowania, zmian. Nie chcą zostawiać życia, jakie znają. Tacy po prostu są. Moi rodzice byli sportowcami, tata pływał jako zawodnik windsurfingu, brat także. Na Puchar Świata w Soma Bay w Egipcie w 2014 roku zaprosiłam więc całą rodzinę. By mnie wspierali, kibicowali. Byłam w stanie to wszystko im zafundować. Przyjechał tylko tata, ciocia i brat. Kuzyni twierdzili, że nie mają czasu, bo piszą pracę magisterską. „Ale to tylko tydzień” – przekonywałam. Priorytetem dla nich była ta praca.

Wyobraźmy sobie, że możesz cofnąć się w czasie. Co byś zmieniła w swoim życiu?

Nic. Naprawdę nic. Mam cudowne życie. Wymarzone. Wspaniałe wspomnienia i chwile, otaczają mnie fajni ludzie. Niczego nie żałuję. Nie wiem tylko, czy zawdzięczam to swojemu charakterowi, czy szczęściu. Na pewno tego drugiego mam bardzo dużo. Wszystko przychodzi mi łatwo, w zawodach mi się udaje, sponsorzy są zadowoleni. Chociaż miałam po drodze kilka poważnych kontuzji i wtedy czułam się, jakby moje życie się skończyło. Ale teraz wiem, że to były doświadczenia, które miały mnie ukształtować.

Karolina Winkowska, kitesurferka, od 10 lat startuje w zawodach Pucharu Świata. Dwukrotna zdobywczyni tytułu mistrzyni świata PKRA w konkurencji Freestyle. Obecnie jest liderką Pucharu Świata. Sześciokrotnie była mistrzynią Polski w kitesurfingu. W 2014 roku została ambasadorką tego sportu w Egipcie. Więcej na: www.KarolinaWinkowska.com

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »