Amsterdam – Gotowy do użycia

fotochannels.com

reklama

Amsterdam wielu kojarzy się z lekkim szumem w głowie. I posmakiem czegoś zakazanego. Niekoniecznie ma to związek z oparami dymu i charakterystycznym logo z zielonym listkiem


Miasto wielkości Lublina. Spacer z jednego krańca na drugi zajmuje około godziny. Ale Amsterdamowi
spokojnie można poświęcić kilka tygodni. I nadal zostanie coś do zwiedzania. Jest tu kilkadziesiąt muzeów, w tym te najsłynniejsze – van Gogha i Rijksmuseum. Są i stare wiatraki, które świetnie wychodzą na zdjęciach. Do tego ponad tysiąc mostów i 160 kanałów. Codziennie tłumy ludzi pakują się do turystycznych łodzi i tak zwiedzają miasto. Wzdłuż brzegów ciągną się zabytkowe budynki z fantazyjnymi fasadami przypominające kolorowe domki dla lalek. W oknach żadnych firanek, widać wszystko, co dzieje się we wnętrzu. Kiedy tylko robi się cieplej, znajomi i sąsiedzi spotykają się w parkach na piknikach, często widzi się ludzi wystawiających krzesła przed domy. Piją herbatę, pogawędzą z kimś przez płot. Amsterdamczycy mówią o swoim mieście „gezellig”, czyli „przytulne”, „sympatyczne”. Taki jest Amsterdam za dnia. A nocą? Po zmroku staje się bardziej zadziorny.

Muzeum Haszu

Tutejsze życie nocne obrosło legendą. Przede wszystkim dzięki słynnej Dzielnicy Czerwonych Latarni i coffee shopom. I o ile ta pierwsza z roku na rok kurczy się, zamieniając się powoli w skansen, o tyle działające legalnie od ponad 30 lat kafejki oferujące swoim klientom miękkie narkotyki cieszą się niezmienną popularnością. Przychodzą tu zarówno turyści, jak i rdzenni mieszkańcy. Wokół kilkuset coffee shopów, z wyglądu przypominających często staromiejskie kawiarnie, rozrosła się cała kultura palenia. Są sklepy z niezbędnymi akcesoriami, takimi jak bibułki, fifki czy fajki wodne, jest nawet Muzeum Haszyszu, Marihuany i Konopi. I pomyśleć, że wszystko to z powodu przyjemnego szumu w głowie. Tak naprawdę jednak kultura uprzyjemniania sobie życia rozwinęła się w Amsterdamie na długo przed tym, nim ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby otworzyć tu pierwszy coffee shop.

Kufle I Kieliszki

Foto: fotochannels.comSpory kawałek dziejów konstytucyjnej stolicy Holandii to historia dwóch trunków. Wzniesiony na zwodniczych bagnach przy ujściu rzeki Amstel Amsterdam (nazwa to połączenie słów Amstel i „dam”, oznaczającego tamę) być może nigdy nie wyrósłby na jedno z najważniejszych miast Europy, gdyby nie… piwo. Zaczęło się w 1323 r., kiedy książęta holenderscy przyznali rozrastającej się rybackiej mieścinie prawo wyłączności na import z Hamburga tego napoju, jednego z najcenniejszych wówczas towarów na rynku. Handel kwitł, a z nim kwitło portowe miasto. Decyzja książąt miała znaczenie także dla zdrowia jego mieszkańców. W owych czasach, kiedy w kanałach, gdzie wylewano wszystkie nieczystości, były groźne zarazki, o wiele rozsądniej było pić piwo niż wodę.

Dziś jedną z największych atrakcji turystycznych Amsterdamu jest pierwszy browar Heinekena. Można w nim podziwiać olbrzymie kotły do warzenia chmielu czy imponujące stare silosy. Założony w połowie XIX w. przez młodziutkiego Gerarda Adriaana Heinekena rozrósł się bardziej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, i jest obecnie drugi co do wielkości na świecie. W większości amsterdamskich barów, jeśli poprosimy po prostu o piwo, dostaniemy właśnie Heineken Pilsener. Jego nalewaniu towarzyszy często prawdziwy show. W kulminacyjnym momencie barman za pomocą drewnianej szpatułki wprawnym ruchem usuwa wystającą ponad kufel pianę. Ale w tutejszych barach jest też inny charakterystyczny zwyczaj. Klienci siedzący przy barze schylają się nad wypełnionym kieliszkiem i upijają jego zawartość, lekko przy tym siorbiąc. Alkohol, który pije się w ten sposób, to zazwyczaj jenever (czyt. dzinifer).

Do dna

To właśnie w Amsterdamie powstała jedna z pierwszych w Europie destylarni wódek, słynąca z doskonałego jeneveru. Założyła ją w 1575 rodzina Bolsów. Brzmi znajomo? No właśnie. Najlepsza rękę do nowych receptur miał w rodzinie Lucas Bols, który na świat przyszedł 100 lat po założeniu firmy, w tzw. złotym wieku, kiedy w bogatych Niderlandach otwierano uniwersytety, rozwijało się rzemiosło, kwitła kultura. Po Lucasie Bolsie zostało ponad 200 receptur na aromatyzowane nalewki. Trunków według tych starych przepisów można spróbować w House of Bols mieszczącym sie w samym centrum Amsterdamu vis-à-vis Muzeum van Gogha. Wśród eksponatów są też kieliszki z rozchylającymi sie ku górze brzegami. Te, z których się siorbie. Zwyczaj wziął sie podobno z przysłowiowej oszczędności Holendrów. Nawet zamożni kupcy wymagali, żeby – skoro już płacą karczmarzowi – nalewać im alkoholu do krawędzi. Aby nie uszczknąć ani kropelki, należało schylić się i upić nadmiar, a dopiero potem chwycić kieliszek do ręki i wypić do dna.

Współcześni Holendrzy od czystej wódki wolą raczej kolorowe drinki. W stolicy szkolą się najlepsi na świecie barmani, a niektóre biura turystyczne proponują specjalne wycieczki szlakiem najpopularniejszych w mieście pubów i nocnych klubów. Najatrakcyjniejsze są miejsca tylko dla wtajemniczonych, gdzie selekcjonerzy (lustrujący cię od stóp do głów zza ciężkich drzwi z otwieraną od środka klapką) coraz częściej wpuszczają także klientów zaprzyjaźnionych agencji turystycznych. Po kilkunastu minutach lub po kilku drinkach trzeba opuścić lokal, aby zrobić miejsce dla kolejnych wybranych. Lekki dreszczyk emocji gwarantowany, goście czują się, jakby działali w konspiracji.

I – proszę mi wierzyć– wrażenie jest równie silne co w czasie pierwszej wizyty w coffee shopie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »