Bejrut – miasto kontrastów i niewidzialnych granic

Fot. Wojciech Domachowski

Sięgająca czasów biblijnych stolica Libanu wciąż inspiruje wyobraźnię artystów. To jednak, co najbardziej rzuca się w oczy w Bejrucie, to segmentyzacja przestrzeni: pomiędzy poszczególnymi dzielnicami występują różnice, które nierzadko dzielą kontynenty. Niewidzialne dla przybysza linie demarkacyjne dawnych konfliktów wciąż wyznaczają terytoria dawnych wrogów, choć od dwudziestu lat w kraju obowiązuje zawieszenie broni.
W odnowionym i strzeżonym przez uzbrojonych żołnierzy centrum miasta (w którym nawet tradycyjny bliskowschodni bazar zbudowano na wzór europejskich centrów handlowych) znajdziemy butiki takich projektantów jak Gucci czy Vivienne Westwood. W porównaniu z tzw. downtown Bejrutu, Warszawa sprawia wrażenie prowincjonalnej stolicy. Tutaj na każdym kroku widać wpływ zachodniej kultury: zakorkowane ulice (z których większość wybudowano w połowie XX w., kiedy w Libanie było około 100 tysięcy samochodów.; dziś jest ich ponad 2 miliony) pełne są amerykańskich samochodów. Nigdzie nie widziałem tylu hummerów co w Libanie.

reklama

Fot. Wojciech Domachowski/więcej w galerii

W przydrożnym barze można zjeść kanapkę „Filadelfia”, zaś niedaleko Bejrutu znajduje się plaża „Florida Beach”. Na kierunkowskazie nazwa miejsca jest napisana także w języku arabskim. Uliczny ruch świetnie oddaje charakterystyczny dla miasta kontrast: na zakorkowanych drogach, oprócz wypasionych suvów, corvett i porsche widać zabytkowe mercedesy, które z pewnością pamiętają początek wojny domowej w 1975 r. Zobaczyć tu także można setki zdezelowanych, pozbawionych plastikowej obudowy skuterów, z powyrywanymi kablami i bez świateł, których w Europie nie dopuszczono by do ruchu.