Berlin inaczej. Alternatywny spacerownik (z perspektywy kobiecej).

Szlaki europejskich stolic już od dawna są przetarte. Na pierwszą wizytę dobrze jest się uzbroić w zorientowany, acz niezbyt opasły przewodnik. Kiedy jednak już na starcie nudzi nas chodzenie po śladach innych, warto zboczyć z trasy i skręcić nie w tę, co trzeba uliczkę. Zwłaszcza w Berlinie.
To miasto jest amplitudą wśród innych miast niemieckich. Owszem, architektonicznie i organizacyjnie (zwłaszcza, jeśli chodzi o transport) godzi się na zasadę Ordundg muss sein, co przy takiej ilości mieszkańców (3,5 mln) jest raczej chwalebne. Na szaleństwo i wywrotowość pozwala sobie w modzie, przekonaniach i na fasadach budynków. Wolność, manifestacyjnie przyjęta od upadku muru, pulsuje tam na każdym rogu ulicy. Berlińczycy niewątpliwie pozyskali na nią monopol. Ich miasto warto odwiedzić i pokochać za kilka jeszcze innych zjawisk. Oto wybór kilu z nich:

reklama

ROWER

Jeśli nie wyobrażasz sobie życia bez swoich dwóch kółek to miasto nad Sprewą i Hawelą zostało stworzone specjalnie dla Ciebie. Ścieżki rowerowe to układ krwionośny Berlina – docierają wszędzie, mocno dotleniając swoich użytkowników. Wynika to poniekąd z „zielonej” obsesji na punkcie zdrowia własnego i nie tylko. Nic, jak wiadomo w naturze nie ginie, więc i hart duchu oraz ciała zdobyte na rowerze muszą gdzieś znaleźć swoje ujście, np. w klubowej epilepsji na parkiecie czy kontrowersjach galeryjnych.

MODA

Wszechogarniający eklektyzm i kolażowość niepodzielnie panują na chodnikowych wybiegach. Nie ważne „za ile?” – liczy się wizualna odpowiedź na pytanie; „jak to połączyć?” i jak słusznie pokazują berlińczycy w świecie mody nie ma zjawiska nieprzyległości. Na jesień odkopują z szaf grube, wełniane swetry w absurdalne wzory lub z fantazyjnymi figurami, które służą im za kurtki. Do tego czapka, kilometrowy szalik i buty znanego projektanta sprzed półwiecza. Prawdziwa wariacja zaczyna się jednak dopiero przy detalach: torebkach, spinkach, klamrach, paskach, przypinkach… Ulice zalewa żywioł totalnie nie do opanowania. Chce się patrzeć i patrzeć, i uszczknąć coś dla siebie.

SECOND-HANDY

Second hand z Elvisem

To pragnienie posiadania „berlińskiej” garderoby ma szansę realizacji. Wystarczy ominąć szerokim łukiem „sieciówki”, których oferta wszędzie jest taka sama, i zapuścić się w rejony second handów – pielęgnujących odosobnienie i spowolniony rytm kupowania. Także w ich wypadku stać było naszych zachodnich sąsiadów na finezję. Nie chodzi tu tylko o dbałość w aranżacji sklepu, ale indywidualny rys w ofercie zakupowej. Za przykład niech posłużą trzy najbardziej urokliwe miejsca. Dwa z nich, niejako rywalizujące ze sobą znajdują się na Husemann Strasse. Pod numerem 3. sytuuje się sklep w stylu vintage, z zatrważającą wręcz ilością „dziewczęcych” lub bardzo „kobiecych” sukienek, koronek, kapeluszy, torebek, narzutek i przepięknych dodatków (wśród moich faworytów: papierośnica powleczona butelkowo-zielonym zamszem z wyszytą różą).

Second hand z walizkami

Jego wnętrze sprawia wrażenie mieszkania francuskiej modystki z zamiłowaniem do decoupage’u. Właścicielka w klasycznej czerni i z czerwoną szminką na ustach przekonuje do zakupu przy dźwiękach Edit Piaf z gramofonu. Bardziej filmowo już być nie może. A jednak – pięć kroków dalej znajduje się kolejny second hand, w którym niepodzielnie panuje duch Elvisa, materializujący się w doborze strojów (spodnie-dzwony, błyszczące tkaniny, koszule z wycięciem na klacie) w podobiznach na ścianach oraz „ołtarzyku” z popiersiem króla. Trzecie miejsce, do którego warto dotrzeć jest prawdziwą kopalnią walizek i butów, tuż naprzeciwko sklepu o wdzięcznej nazwie: „Who killed Bambi?”. A wszystko to na Eberwalder Strasse.

MĘŻCZYŹNI

Zjawiskiem, które przyciąga i zachwyca w Berlinie są urodziwi mężczyźni oraz ich niewątpliwe zamiłowanie do fryzjersko-golarskich zabaw. Dzięki nim zła sława wąsów została zrehabilitowana. Idąc na przechadzkę, zwłaszcza po Kreuzbergu, zwiedza się prawdziwą, ruchomą galerię brodaczy oraz wąsaczy, którzy raz po raz wyglądają jak reinkarnacja Chrystusa. Poza tym to niewątpliwie na ich barkach spoczywa odpowiedzialność wychowawcza. Podczas gdy kobiety udają się na pracowniczy lunch, ich partnerzy spokojnie spacerują z wózkami po ulicach. Widok mamy z dzieckiem należy do rzadkości – chyba że na rowerze.

STREET ART

Podczas swobodnych przechadzek nie sposób nie zauważyć, że cały Berlin to jeden wielki szkicownik, w którym dozwolone są wszystkie chwyty, kolory i figury. Kartkami papieru stają się ściany budynków, zwłaszcza gzymsy i klatki schodowe, powierzchnie chodników, słupy, witryny. W doborze tła jak i tematu „ulicznej” ekspresji raczej nie ma żadnych ograniczeń – koegzystują ze sobą dziecięce bazgroły i zaangażowana publicystyka, szablonowe ikony popkultury i spontaniczne obrazy czy wlepki. Street art to niewątpliwe znak wodny Berlina, metonimia wolności wypowiedzi, o czym oficjalnie zaświadcza „East Side Galery”, czyli 1300 metrów muru berlińskiego, który został przeznaczony na graffiti artystów z różnych części globu. Po opuszczeniu tego miasta, reszta świata wydaje się zatrważająco „gładka i czysta”. Brakuje chaosu znaków, ciągłego pobudzania wzroku, celowego zaburzania percepcji.

DZIELNICE, ULICE ARTYSTÓW

Dzielnica artystów

Najciekawsze przejawy street artu pojawiają się w dzielnicach „wiecznie młodych”, okupowanych przez wielokulturowość oraz jej wiernych miłośników w postaci artystów i studentów. Przypadkowość doświadczenia jest tutaj z góry założona, a ulotność zjawisk nikomu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie fascynuje potencjalnością i żywiołem metamorfozy. Mowa tu przede wszystkim o trzech przestrzeniach. Jako pierwsza, najbardziej osławiona wyłania się dzielnica Kreuzberg. Ze względu na jej dużą rozległość warto ograniczyć się do labiryntu uliczek oplatających Oranien Platz w kierunku Kottbusser Strasse. Tam czeka mnóstwo urokliwych i fantazyjnych knajpek. Wśród nich „Kjosk” – biały, dwupiętrowy autobus przerobiony na kawiarnię, porzucony w środku dzikiego ogrodu z nieformalnym kinem i leżakami. Można także trafić na sklep słynący z wyrobów (koszulek, czekolad, butów, perfum) z canabis. Tuż obok małe galerie fotograficzne i malarskie, tureckie restauracje, konkurujące z hinduskimi. Istny rozgardiasz smaków i wrażeń.

fot. Joanna Chludzińska

Kolejnym, chyba najbardziej „żywotnym”, zwłaszcza nocą, miejscem są okolice Warschauer Strasse – zagłębie imprezowe z największymi klubami. Dla spragnionych nieco innej rozrywki czekają sobotnio-niedzielne targi rzeczy przeróżnych połączone z muzyką na żywo czy ulicznym teatrzykiem dla dzieci, w którym rolę główną odgrywa pluszowy mrówkojad. Największe targowisko znajduje się na Boxhagen Platz, gdzie można znaleźć niemal wszystko, czego oko, ucho i kubki smakowe zapragną. Warto także skręcić w Revaler Strasse, przy której na rozległym terenie pofabrycznym mieści się jeden z największych, wciąż otwartych squatów – Caisopeia. Na miejscu można skorzystać ze ścianki wspinaczkowej, napić się fritz-koli lub kawy organicznej, kupić coś prosto z szafy jego mieszkańców i posłuchać etno folku.

Na ciekawe zakupy warto pojechać także na Kastanien Alee w dzielnicy Prenzlauer, gdzie królują secon handy z butami oraz modą sprzed ćwierćwiecza. Czas jak widać w Berlinie nieustannie się zapętla, wciąż pozwala trwać rzeczom zapomnianym. Fascynujące jest to empatyczne nastawienie berlińczyków do starych przedmiotów, chęć ich ciągłej reanimacji. Jak przekonuje moda uliczna, trwałość stała się znakiem jakości.

PODEJŚCIE DO HISTORII

Muzeum Żydowskie

Są takie wydarzenia na mapie historii, o których zwłaszcza Niemcy nie chcą i nie potrafią zapomnieć. W odkopywaniu przeszłości materialnej wspiera ich nostalgia oraz cyzelowanie trendów. W pamięci o traumach same przedmioty wydają się zbyt kruche oraz za mało pojemne znaczeniowo. Tu zaczyna wkraczać performatywność, odtwarzanie doświadczeń z bolesnych etapów historii. To podejście reprezentują zwłaszcza dwa miejsca w Berlinie – Pomnik Pomordowanych Żydów Europy oraz Muzeum Żydowskie. W obu przypadkach główny nacisk położony został nie na ekspozycję szczątków czy śladów Holokaustu, ale przede wszystkim na przeżycie odbiorców. Labirynt bloków różnej wielkości z betonu autorstwa Petera Eisenmana wzbudził początkowo mnóstwo kontrowersji, jako nieadekwatny do upamiętniającej tragedii. Przestawienie się z czysto wizualnego (dystansującego) odbioru na emocjonalne i dotykowe

Pomnik żydowski

doświadczanie, przekonało jego przeciwników. Projektem bardziej złożonym, w którego podstaw znalazło się podobne pragnienie, jest żydowskie muzeum – jedyne takie w Europie. Obie przestrzenie odsłaniają szczególną wrażliwość Berlina na historię, której irracjonalność wymyka się prostym opowieściom i dlatego musi być przywołana w sposób pozajęzykowy. To bardzo nowoczesne podejście.

Rytm tego miasta, jego estetyka codzienności hipnotyzują. Kto choć raz był w Berlinie, wie, że na jednej wizycie się nie kończy.