Buenos Aires – śladami Gombrowicza

Maria Swieczewska/ archiwum Rity Gombrowicz/ FOTONOVA / 1963 rok. Argentyna Buenos Aires n/z Witold Gombrowicz na promenadzie Costanera

Wyruszyłem w podróż po Buenos Aires. Inspiracją i kluczem do poznania tej metropolii był dla mnie Witold Gombrowicz i jego przygoda ze stolicą Argentyny.
W centrum, przy szerokiej Avenida Libertador, wznosi się gmach dworca Retiro, zbudowany na wzór brytyjskich stacji końca XX wielu. To jedna z wielu budowli inspirowanych europejską architekturą. Część z nich została przywieziona ze Starego Kontynentu w kawałkach i na miejscu złożona – to m.in. dzięki temu Buenos Aires nazywane jest „Paryżem Ameryki”.

reklama

U zwieńczenia ulic Santa Fe i Florida, w sercu miasta, stoi otoczony przez park pomnik José de San Martina – bohatera walk wyzwoleńczych Argentyny, Chile i Peru. Zanurzam się w gwarną ulicę Florida. Tu sprzedawcy gazet, kuponów loteryjnych i słodyczy przekrzykują się w codziennej bitwie o klienta – tam zachęcająco macha na przechodniów pucybut. Na rogu jednej z ulic, wykorzystując ogólne zamieszanie, grupa mężczyzn oszukuje turystów przy grze w kości.

Niesiony prądem mijam kolejne przecznice Floridy: Avenida Córdoba, Calle Villamonte, w końcu Calle Tucumán. Tutaj, pod numerem 462 mieściła się siedziba Banku Polskiego, w którym pracował Gombrowicz. Dalej, Plac Republiki przecina Avenida Corrientes, słynna ze swych kawiarni i barów. Tu właśnie stoi mierzący 67 m El Obelisco – jeden z symboli miasta, zbudowany dla uczczenia 400. rocznicy osiedlenia się Hiszpanów w dolinie La Platy. Pod numerem 837 była kiedyś restauracja Rex, gdzie stale gościł Gombrowicz. W oparach papierosowego dymu i kawiarnianego zgiełku Rex’a powstał zespół tłumaczy Ferdydurke, dzięki czemu najsłynniejsze dzieło pisarza zostało przełożone na język hiszpański.

Ruchliwa ulica prowadzi dalej, do budynku Abastos. W tej okolicy mieszkał Carlos Gardel – aktor i piosenkarz, który rozsławił tango na świecie. Na kilku elewacjach widnieją kolorowe murale z wizerunkiem jego twarzy: charakterystyczny kapelusz i szelmowski uśmiech, na jednym z domów wymalowano nuty i tekst do Volver. W labiryncie strzeżonych przez policję ulic odnajduję dom artysty. „Dom na sprzedaż”- informuje tablica w oknie.

Dochodzę do Plaza de Mayo przy stacji metra Once – to wyjątkowe miejsce, świadek ważnych wydarzeń politycznych i społecznych Argentyny. Wokół pomnika na placu w każdy czwartek zbierają się matki desaparecidos – osób zaginionych w czasie dyktatury wojskowej.

El Hogar

W Buenos Aires działają dwie organizacyjne polonijne. Jedna z nich to el Hogar Polaco (Ognisko Polskie), a jej członkowie regularnie spotykają się na obiedzie w co drugą niedzielę. Ja także dostaję zaproszenie.

Do sali prowadzą drewniane skrzypiące schody. Przed wejściem dwie starsze panie zbierają drobny datek na pokrycie kosztów organizacji imprezy, ale jako gość jestem zwolniony z opłaty. Pomieszczenie wypełniają stoły, z przodu mały barek z polskimi alkoholami. Ściany obwieszone portretami znanych Polaków: Jan Paweł II, Józef Piłsudzki, Władysław Sikorski. Pozostałe zdjęcia, oprawione w drewniane ramki, przedstawiają rodzime krajobrazy: dorzecze Wisły, łany zbóż na tle świerkowego lasu, warszawska starówka. Witam się z kolejnymi osobami. Wizyta kogoś z Polski wzbudza niemałe poruszenie. Większość członków stowarzyszenia nie była w kraju od kilkudziesięciu lat. „Pan mieszka w Warszawie? Świetnie się składa. Zna Pan Witeckiego, on też z Warszawy… a Przemyśl, był Pan może ostatnio w Przemyślu?” Każde pytanie jest pretekstem do opowiedzenia własnej historii.

Kiedy już wszyscy trafili na swoje miejsca, zabrzmiały hymny narodowe: najpierw argentyński, potem Mazurek Dąbrowskiego. Przy moim stole siedzi m.in. wdowa po Księciu Radziwille, który zmarł w Argentynie przed kilkoma laty. Często się zdarza, że rodacy biorą za żony młodsze o kilkanaście lat kobiety ze środowiska polonijnego.

Po tradycyjnym obiedzie (barszcz czerwony i pierogi ruskie) pani Krystyna Wardyga, prezes stowarzyszenia, zapowiada gościa z Polski. Lekko stremowany uroczystym przyjęciem przedstawiam się krótko. Zaraz potem obecni zasypują mnie pytaniami na temat aktualnej sytuacji w kraju: „Ile się w Polsce zarabia? Czy nauczyciele mają pracę? Czy jest tak niebezpiecznie jak tutaj? Czy lepiej się żyje Polakom po wejściu do Unii? Jak uniwersytety, bo przed wojną…?”

Pytam o Gombrowicza. Wiem, że on gdzieś tutaj jest. Musi być. We wspomnieniach, w opowieściach, w pamięci tych ludzi. Po chwili znajduję. „Tak, pracowałam z nim w Banku Polskim – odpowiada starsza uśmiechnięta pani. – Elegancki – skromna elegancja. Zawsze schludny i czysty. Człowiek zmanierowany i wyniosły. Arystokrata bez grosza przy duszy. Miał bardzo dobre relacje z prezesem banku, Juliuszem Nowińskim. Pisali razem sprawozdania dla centrali banku w Warszawie, ponoć najlepsze, jakie otrzymywano ze wszystkich zagranicznych placówek. Często, gdy wchodziłam do jego biura, siedział z nogami na stole. Często pisał coś swojego. Chodził wtedy w kółko po pokoju i dumał.” Jak się później okazało, Gombrowicz w tym czasie pracował nad Transatlantykiem.

Jedną z najciekawszych osób, które poznałem była Maria Świeczewska-Wańke. W jej domu odbywały się słynne wykłady filozoficzne. W roli profesora występował Witold Gombrowicz, a studentkami były zamożne panie ze środowiska polonijnego. Przy kawie i ciasteczkach rozmawiano o teoriach Kierkegaarda, Hegla, Schopenhauera, ale też o miłości w sztuce i literaturze. „Witoldo bardzo poważnie podchodził do tych naszych spotkań. Z nami bywało różnie – wspomina Pani Maria. – Uwielbiał opowiadać o swoich arystokratycznych korzeniach. Fizycznie był słaby, cherlawy, niezdatny do dużego wysiłku i niechętny sportom. Kiedy podróżowaliśmy naszym automobilem, jednym z niewielu w tym czasie w Buenos Aires, Witoldo zwykle rozkładał się z tyłu jak hrabia. Z głową zadartą do góry puszył się jak paw. I my w roli szoferów wieźliśmy tę ważną personę”. Pani Maria się śmieje. Świeczewscy jako jedni z pierwszych w Argentynie rozpoczęli produkcję plastikowych figurek świętych. W tamtych czasach było to wielką innowacją. Produkt stał się bardzo popularny na całym kontynencie – święci trafiali m.in. do Peru, Boliwii, Kolumbii. Po pewnym czasie większość Polaków żyła z produkcji dewocjonaliów. Jedną z takich pras do plastikowych figur Świeczewscy oddali Gombrowiczowi w kredycie. Dochód z produkcji wystarczał mu na skromne utrzymanie. Pani Maria do końca utrzymywała kontakt z pisarzem. Razem z księżną Lubomirską odprowadzały go na statek, gdy w kwietniu 1963 roku na zawsze pożegnał się z Ameryką.

Przyszedł czas i na mój wyjazd. Wsiadam na statek do Colonia del Sacramento w Urugwaju. Z żalem żegnam wielkie Buenos Aires. Mam nadzieję, że nie na zawsze.