Bumerangi nigdy nie wracają, czyli Agata i Marek w Melbourne

Marek Straszewski / Nadmorski luz w Melbourne

Melbourne to miasto wyjątkowe. Nowoczesność miesza się tu z atmosferą luzu oraz przejawami kultury Aborygenów – rdzennych mieszkańców kontynentu.
W mieście, przez które ciągną się setki kilometrów torowiska, jeździ 500 pociągów, a Ty możesz wysiąść na jednym z ponad 1770 przystanków. Magazyn „The Economist” dwukrotnie uznał Melbourne za najlepsze miasto do życia. I to właśnie tam Agata i Marek, w trakcie swojej podróży z Jacob’s Creek, spędzili dwa dni.

reklama

„Gdy wysiadam na lotnisku w Melbourne nie potrafię też do końca uwierzyć, że tu jestem. Z niepewności wyrywa mnie jednak obrazek kilku długowłosych młodzieńców niosących pod pachą deski serfingowe. W autobusie podpytuję jednego z nich, skąd przyleciał. Okazuje się, że jest studentem z Niemiec, przyleciał tu na pół roku do pracy, będzie sadził drzewa. Można na tym dobrze zarobić? Pytam, bo temperatura, palmy i schłodzone musujące różowe wino Jacob’s Creek sprawiają, że przez chwilę myślę, że może nie warto wracać do Polski…(…)

Z hotelu Metropol Crowne jedziemy tramwajem z Markiem Straszewskim na najbliższą plażę. Władze Warszawy mogłyby wprowadzić taką drobną innowację dla warszawiaków – jedna linia tramwajowa wiodąca nad morze. Dojazd na plażę zajął nam 10 minut. Choć miasto liczy 3 miliony mieszkańców plaża jest pustawa, kilku śmiałków kajtserfinguje, wieje tak mocno, że nie słychać mew. Tuż przy plaży rosną gigantyczne, obłędnie pachnące krzaki rozmarynu. Między głazami wychodzącymi z morza lokalni plażowicze zbierają sobie mule.“

Okazuje się, że Melbourne ściąga ludzi z całego świata. Trudno ocenić czy to wynik jego atmosfery czy też klimatu? Wiadomo jednak, że jest to miasto ludzi kochających wolność i luz, co Agata zauważyła rozmawiając z Davem, ich przewodnikiem po mieście.

„Przewodnikiem był nam Dave, który do Australii przybył w 1956 r. z Anglii i już nie chciał wrócić. Zakochał się w tutejszym luzie. Na nasze pytanie czy może pokazać nam dzielnice aborygeńskie, stwierdził jednak, że “nie chcemy ich oglądać”. Zawiózł nas za to na Brunswick street, gdzie kwitnie cyganeria i kultura gejowska. Najmodniejsze są ogromne kolorowe tatuaże, no cóż, można je tu prezentować całymi dniami na plaży. Klimat jest idealny. Szczególnie dla figowców. Widziałam drzewo wysokości wieży kościelnej.
Spotkaliśmy jednak jednego Aborygena w tramwaju grającego na didgeridoo. Zakupiłam bumerang, pomimo że Dave poinformował nas, że bumerangi nigdy nie wracają.”

Przed kolejnym dniem, ciekawie się zapowiadającym, Agata robi notatki z podróży:

„Piszę z 28. piętra hotelu Metropol, z sali śniadaniowej. Szeleszczą gazety, stukają sztućce, tutejszy smakołyk—jogurt z owczego mleka cieszy się powodzeniem. Ma być dziś prawie czterdziestostopniowy upał. Kiedy Australijczycy mają szansę nosić swetry z owczej wełny? Większość wełny trafia pewnie na eksport. Podobnie jak tysiące litrów tutejszego wina Jacobs Creek. Piramida ustawiona z butelek stoi nawet przy śniadaniowym bufecie. Będę musiała się szarpnąć na jedną z tych flaszeczek, oto bowiem przegrałam zakład z Markiem. Przed finałem pań na Australian Open obstawiłam, trochę na przekór, że puchar zdobędzie Chinka Li Na.“

Po dwóch dniach spędzonych w Melbourne, Agata i Marek wyruszyli do Barossa Valley w południowej Australii, gdzie produkuje się większość australijskich win. Stamtąd pochodzi też wino, o które założyli się przed finałem pań na Australian Open.