Ekwador – przez wulkany, aż po dżunglę

Będzie to opowieść o tym, jak na dwóch kółkach, z namiotem pod pachą i wychudzonym portfelem przeżyć niezapomniane wakacje. Jak złowić piranie i zachować wszystkie palce. Jak poluje się na małpy i czy mrówki w amazońskiej dżungli są naprawdę takie kwaśne. Jak być na półkuli północnej i południowej jednocześnie. I wreszcie, co zrobić, by zdobyć szczyt najwyższego wulkanu.

reklama

Ale jazda!

Żółta strzała mknie jak szalona. Górskie serpentyny, zabłocone offroady , miejskie ulice z odkrytymi studzienkami. Nic nie jest wstanie jej powstrzymać. Wiezie mnie, Magdę, 2 plecaki, prowiant oraz cały sprzęt kempingowy. Przyznaję, zdarza jej się czasem stękać, trochę rzęzić. Nie ma co się dziwić, to tylko 250-tka, ale za to Honda Tornado.

To dopiero handel

Śpieszę co sił w motorze, żeby dostać się na wielki targ zwierzaków w Otavalo. Gdy tam w końcu trafiamy, widok wymieszany z zapachem, zaprawiony gorącym słońcem, przyprawia nas o zawrót głowy. Kozy wrzucane na pakę trucka meczą w niebogłosy. Z jednej strony ryjące w błocie prosięta prowadzane na sznurku jak rasowe pudle na wybiegu. Z drugiej, inne świnki, tym razem morskie, wystawiają swoje poczciwe ryjki z zatłoczonych klatek. Kolorowo ubrane Indianki noszą na plecach wypchane worki. Z jednego wystaje głowa przestraszonego koguta, a z innego malutkiej kozy. Kolegom z Greenpeace na pewno by się to nie spodobało.

Zabytkowa perełka pośrodku świata

Wracamy na asfalt Panamericany. Pogoda jest wyśmienita. W oddali widać ośnieżone szczyty wulkanów. Mijamy kolejne wioski pełne kolorowych Indianek. Tuż przed dotarciem do stolicy przekraczamy równik lub, jak ktoś woli, po hiszpańsku equador. Za jedyne 2,5$ od głowy idziemy porobić sobie pamiątkowe zdjęcia przy wielkim pomniku z globusem na samej górze. Jedna noga na południu, druga na północy, pstryk i jedziemy dalej. W Quito zatrzymujemy się u naszego znajomego z Couchserfingu. Alejandro zaprasza nas do skosztowania ekwadorskiego przysmaku – Nie możecie wyjechać, nie próbując qui. W smaku przypomina trochę kurczaka, trochę wędzonego łososia. Powiedziałbym nawet, że mięsko smaczne było, gdyby nie fakt, że w dzieciństwie podobna świnka morska była moim przyjacielem. Quito położone jest u podnóży andyjskich szczytów na wysokości 2850m n.p.m. W stolicy Ekwadoru zachowała się masa kolonialnych zabytków. Jest niedzielne popołudnie. Na Plaza Santo Domingo grupa komików rozbawia przechodniów. Idziemy wzdłuż Calle Garcia Moreno, gdzie mieści się kościół La Compania, uznawany za najpiękniejszy po tej stronie świata. Przed wejściem do świątyni witają nas barokowe kolumny i zielonozłote wielkie kopuły. W środku wszystko tonie w złocie i purpurze. Ściany zdobią freski autorstwa indiańskich rzemieślników. W Basilica del Voto Nacional wspinamy się na sam szczyt szpiczastej wieży i podziwiamy olbrzymie witraże w neogotyckim klimacie. Zajadając się tłustymi empanadas (coś w rodzaju smażonych pierogów), czekamy na metrobus, którym dostaniemy się do TeleferiQo. Płacimy po 9$ od osoby i kolejką linową wjeżdżamy na ciągle jeszcze aktywny, górujący nad miastem wulkan Pichincha. Z wysokości 4100m n.p.m. podziwiamy tonące w chmurach Quito.

Laguna Limoncocha

Po 10 godzinach jazdy, w końcu docieramy do celu. Dobrze, że mamy motor, bo tutaj nic nie dojeżdża. Na drewnianej przystani, w małej łodzi czeka na nas Don Silverio i jego żona. Wrzucamy nasze plecaki i płyniemy na drugi koniec laguny. O Limoncocha dowiedzieliśmy się od polskiego misjonarza z Shushuqui, który zaanonsował nas wcześniej u swojego przyjaciela. Pośrodku dżungli, na drewnianych balach, stoi mała chatka. A obok niej specjalnie przygotowane dla gości cabanas. – Mój dom – mówi do nas Don Silverio – Jak wam się podoba? Jesteśmy wniebowzięci. Domki przykryte palmowymi dachami, dookoła tony zieleni i do tego tysiące dźwięków wydobywających się z głębi dżungli. – Chcecie łowić piranie? Cóż za pytanie?! Oczywiście, że tak! Wypływamy na środek laguny. Po chwili czuję, że coś bierze. Szybko podrywam kij z żyłką i haczykiem, na którym jest już pierwsza ofiara. – Wrzuć ją do koszyka – mówi Don Silverio. Sprytny zwierz wywija jednak fikołka i skacze po całej łódce. Magda na widok ostrych zębów zaczyna panikować i krzyczeć. Łapię wiosło i próbuję ogłuszyć mięsożercę. Kiedy ja ścieram pot z czoła, Don Silverio wydaje się być mocno rozbawiony. Śmiejąc się mówi – Masz szczęście, że nie odgryzła Ci palców. Nagle Magda zaczyna krzyczeć – Mam coś! Pomóżcie! Jak tylko Don Silverio widzi co jest na końcu żyłki krzyczy – Nie wyjmujcie! Ten gatunek węgorza elektrycznego mógł sprawić, że wszyscy zaczęlibyśmy świecić. Wieczorem płyniemy w poszukiwaniu kajmanów. Niektóre z nich mierzą sobie nawet 8 metrów. Wokół absolutna ciemność, latarką świecimy przed siebie i wypatrujemy czerwonych oczu. Syn naszego gospodarza opowiada nam, jak kilka miesięcy wcześniej płynął z trzema Niemkami i sześciometrowy gad przeskoczył im nad łodzią. Szczęśliwie po drodze nie schrupał żadnej blond głowy. Kiedy po cichu podpływamy do jednego kajmana, ten otwiera paszczę, pokazując nam swoje kły, i szybko ucieka pod wodę. Na kolację zajadamy się ościstą piranią w towarzystwie juki i słodkich platanos (rodzaj banana). Po tych wszystkich wrażeniach padamy z nóg. Jeszcze tylko uważnie rozglądamy się po pokoju w poszukiwaniu nieproszonych gości. Żadnych węży, tarantuli, możemy wskakiwać pod moskitierę. Jednak jeszcze długo nie zasypiamy, zastanawiając się, do kogo należą coraz to nowe odgłosy z selwy.

Ludzie dżungli

Następnego dnia jesteśmy już w okolicach plemienia Huaoranis. W agencjach turystycznych życzą sobie po 120$ od osoby za dzień w wiosce. Dla nas to zdecydowanie za dużo, ale nie odpuszczamy. Jedziemy w kierunku rzeki Shiripuno. Najpierw asfaltem, potem drogą gruntową, aż w końcu widzimy budkę policyjną i szlaban. Poznajemy złoto-zębnego Manuela, który okazuje się być szefem jednej z wiosek. Dogadujemy się z nim, że za 100$ popłyniemy do pewnego małżeństwa i spędzimy tam 4 dni. Dokupujemy kilka galonów wody, motor zostawiamy przy budce policyjnej, a sami pakujemy się do pirogi z zamontowanym z tyłu peke-peke (rodzaj silnika). Nad rzeką siedzą żółwie, ptaki cara-cara głośno skrzeczą. Nawet mały orzeł zasiadł na jednej z gałęzi, prezentując swoje wdzięki.

Po 3 godzinach dopływamy na miejsce. Widzimy unoszący się dym. Wita nas prawie nagi Indianin z wielkimi dziurami w uszach. Dom gospodarzy to klepisko, nad którym zbudowany jest wysoki dach pokryty liśćmi palmy. W środku jest palenisko, wokół którego leżą zielone liście bananowca. Rozbijamy namiot w pobliżu domu Matih i jej męża Gaby. Nie mówią po hiszpańsku, naszym tłumaczem jest Lui, ich siostrzeniec, który zabiera nas na krótki spacer po dżungli. Daje nam do spróbowania dziwne owoce, pokazuje lecznicze krzewy i rośliny, których używają jako mydła czy szamponu. Mamy wrażenie, jakby wszystko wokół nas się poruszało. Wszystkie drzewa, krzaki plączą się między sobą, szczelnie odcinając nas od słońca. Czasem chłopak zamiera w kompletnej ciszy, podnosi głowę do góry, rozgląda się i zaczyna wydawać różne dźwięki przywołując ptaki. Przylatuje tukan, innym razem wielka czerwona papuga. Kiedy podchodzimy do małego drzewka obok, którego nic nie rośnie, Lui mówi – Tutaj żyją mrówki cytrynówki. Szuka zgrubienia na gałęzi, po czym je rozcina i wyjmuje mrówki. – Spróbujcie. Biorę stworzenia do buzi i przegryzam. – Kwaśne, dobre, mogę jeszcze? Przy jednym z drzew zatrzymujemy się na dłużej. Lui maczetą nacina konar, wydziera z niego kawałek i go przycina. – Ostry kawałek moczymy w ciemnej kurara, wkładamy strzałę do rurki i celujemy w szyję małpy. I mamy kolację – zaczyna się śmiać. – Lui, a zabierzesz nas na polowanie? – pyta Magda. Długo myśli – Nie uda się. Macie za duże stopy, małpy was usłyszą. Jest już ciemno. Siedzimy przy ognisku. Matih zaczyna śpiewać, w języku Huaoranis. Brzmi to jak modlitwa, mantra. Popijamy chichę zrobioną z juki. Magda pyta Luisa – Ile masz lat? Chłopak chwile się zastanawia – 22 może 24. Nie wiem dokładnie. Dla nich czas się nie liczy. Wyciągam laptopa z zamiarem pokazania niektórych zdjęć z naszej podróży po USA i Meksyku. Zdjęcia z wieżowcami, ulicami pełnymi samochodów nie robią na nikim żadnego wrażenia. Ale gdy zaczyna się seria z papugami i żółwiami nagle ich twarze promienieją. Na jednym ze zdjęć Lui widzi małpę, podekscytowany zbliża się do ekranu i mówi – Pyszna!

W drodze do wulkanu

Tankujemy do pełna. W Ekwadorze paliwo jest prawie t3 razy tańsze niż w Polsce. Jesteśmy coraz wyżej. Pojawiają się urwiska i strome zbocza. Przed nami ogromny korek. – Lawina błotna – mówi jeden z kierowców. Mężczyzna w białym kasku informuje nas – Za 20 minut będzie przejazd. Po 40 minut podchodzę i pytam kiedy skończą. Słyszę – Za 20 minut. I tak czekamy już trzecią godzinę, rozmawiając z innymi kierowcami, którzy są ogromnie ciekawi, ile zarabia się w Polsce, w jakich mówimy językach i dlaczego jeszcze nie mamy dzieci. – W Ekwadorze mamy po 7, 8. Gdy mówimy, że w Polsce zazwyczaj w rodzinie jest 1 lub 2, patrzą na nas z ogromnym zdziwieniem. Po 4 godzinach droga znowu była przejezdna.

Chimborazo

Z Riobamba wyruszamy w kierunku najwyższego w Ekwadorze wulkanu Chimborazo. Żółtą strzałą dostajemy się na wysokość 4700m n.p.m. W schronisku zostawiamy nasze rzeczy i wspinamy się na wysokość 5400m n.p.m. Wysokość zaczyna dawać o sobie znać. Głowa pęka i choć staramy się mocno oddychać, powietrza jakoś ciągle za mało. W ramach aklimatyzacji zostajemy w schronisku na 4700. W nocy budzę się z bólem głowy. Zaparzam cocę w nadziei, że mi pomoże. Następnego dnia popołudniu dojeżdża do nas przewodnik, którego poznaliśmy w agencji Veloz w Riobamba. Ma dla nas niezbędne rzeczy do wspinaczki wysokogórskiej: rękawice, raki, czekan i specjalne buty. Wspólnie z Raulem wspinamy się na 5100m n.p.m. Tutaj, w schronisku czekamy do godziny 23.00. Przed północą wychodzimy zdobyć szczyt znajdujący się na wysokości 6150m n.p.m. Wiatr jest tak silny, że Magda praktycznie się przewraca. Jest ciemno i przeraźliwie zimno. Widać jedynie ośnieżony wierzchołek wulkanu. Przy każdych 100m w górę coraz bardziej brakuje powietrza. Magda nie daje rady. Postanawia zawrócić. Ja i Raul idziemy dalej. Gdy zaczyna się lód, zakładamy raki, przypinamy się liną. Każde wbicie się w oblodzone kamienie wymaga ogromnego wysiłku. Jest coraz trudniej. Przy którymś kopnięciu w lód wypina mi się rak. Zaczynam się zsuwać. Lecę kilka metrów w dół. Wbijam czekan z całej siły, Raul blokuje linę. Ufff… Tym razem się udało. Wiatr nie odpuszcza. Najgorsze jest to, że od tych podmuchów zaczynają spadać kawałki skał. Odpoczywamy. Oceniamy wszystko dookoła. Musimy zostawić jeszcze siły na powrót. Podejmujemy decyzję, że wracamy. Zabrakło mi 300 metrów.

Co pozostało?

Po tysiącach kilometrów na motorze dorobiliśmy się licznych odcisków. Po wulkanie mieliśmy paskudne odmrożenia. Z dżungli wróciliśmy z amebą i masą kleszczy. Ale z każdego miejsca pozostały nam niezapomniane wrażenia.