Huacachina – najsłynniejsza oaza Ameryki Południowej

Jan Repetto / wydmy dookoła oczka

Ica to miasto położone ok. 300 kilometrów od stolicy Peru – Limy. Docieramy tam wczesnym rankiem. Niestety, spotyka nas spore rozczarowanie – wszechobecny pył, śmieci na ulicach i wychudzone bezpańskie psy. Wałęsają się wśród mocno sfatygowanych ostatnim trzęsieniem ziemi budynków, szybko zniechęcając nas do wielogodzinnych eskapad.
Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do roztrąbionych aut w stolicy, jednak hałas panujący w Limie jest niczym w porównaniu z ulicznym zgiełkiem w Ice. Upiornie głośne, wszechobecne samochody oraz małe, zwinne i zadaszone motocykle, zwane złośliwie „taxi-cholo*”, służą tu za jedyny transport, zastępując autobusy oraz niewielkie „colectivos” – busiki, które spotkać można w większych miastach Peru. Klakson używany jest tu chyba do wszystkiego – jako forma komunikacji, pozdrowienie, a także możliwość zwrócenia na siebie uwagi.

reklama

Mimo, że Ica straszy swą powierzchownością, to można tu znaleźć kilka perełek. Jedną z nich jest oaza Huacachina, położona za miastem…

Upchnięci w rozklekotane moto-taxi mkniemy na spotkanie z najsłynniejszą oazą Ameryki Południowej. Mimo, że chłopiec kierujący pojazdem wyciska ostatnie siły z rzężącego i prychającego silnika, nasz środek transportu ma spore trudności z wtoczeniem się na każde większe wzniesienie terenu. Na szczęście w samo południe docieramy na miejsce.

Stara, inkaska legenda mówi o pięknej, zielonookiej księżniczce, która bez przerwy płakała. Jej nieustanny szloch zakończył się w dniu, kiedy dziewczyna spotkała Ajall Kriña – mężnego, zaprawionego w wojennym rzemiośle Indianina. Młodzi błyskawicznie się w sobie zakochali i poczęli snuć plany na przyszłość. Niestety, historia ta nie skończyła się dobrze – wkrótce z Cuzco nadeszła wiadomość o zbliżającej się wojnie i mężczyzna ruszył wyżynać oddziały wroga. Mimo że Ajall walczył niczym lew, nieprzyjaciel zadał mu śmiertelną ranę, co złamało serce biednej księżniczki. Wylała ona tyle łez, że na niegościnnej dotąd pustyni, powstało oczko wodne. Mówi się, że po dziś dzień zmarła z rozpaczy piękność, wychodzi z wody podczas pełni księżyca, aby kontynuować swe szlochy. Stąd też i nazwa Hucca China – „dziewczę, które płacze”.

Ta, powstała w sposób naturalny – wybacz księżniczko! – oaza stała się, już na początku ubiegłego wieku, miejscem wakacyjnych wypadów dla wielu Peruwiańczyków. Zachwyceni niezmiennym przez cały rok klimatem, rzucanym przez palmy cieniem oraz, nade wszystko, fosforyzującą zielenią wody, mieszkańcy okolicznych miast chętnie oddawali się beztroskiemu wypoczynkowi. W latach 40. postawiono tu sporą liczbę przepięknych domków i hoteli.

Atmosfera tworzona przez szukających wyciszenia gości Huacachiny to już jednak historia. Obecnie oaza jest jedną z wielu przepięknych atrakcji turystycznych Peru. To z myślą o turystach właśnie przygotowano wszelkiego rodzaju „wabiki”- od specjałów regionalnej kuchni serwowanych w niewielkich knajpkach, poprzez przejażdżki rowerkami wodnymi, a skończywszy na zastrzyku adrenaliny, który można sobie zaaplikować zjeżdżając z pobliskiej wydmy na desce do sandboardingu. Trzeba jednak uważać – w południe piasek jest tak gorący, że nawet mając na nogach porządne buty, można sobie boleśnie poparzyć stopy.

Mimo że jest to miejsce tłumnie odwiedzane przez turystów, z jakiegoś niezrozumiałego dla nas powodu, nie dają się tu we znaki wyjątkowo namolni sprzedawcy, z którymi przyszło nam się spotkać w innych rejonach Peru. Jedynie grupa kilkuletnich brzdąców, na nasz widok ryknęła gromkim chórem: „dolara!”. Na szczęście dzieciaki dość szybko oceniły nasz wygląd na niezbyt zamożny i przypuściły atak na przechadzającą się w pobliżu grupę niemieckich emerytów.

Huacachina, która z racji swego przeznaczenia powinna wręcz błyszczeć estetyką, jest w gruncie rzeczy obszarem dość zapuszczonym. Gdzieniegdzie walają się puste, plastikowe butelki, a niejeden budynek dramatycznie „woła” o renowację.

Jeśli jednak przymkniemy nieco oczy na te niedoskonałości, w Huacachinie spędzić możemy jeden z najbardziej zapadających w pamięć dni naszych peruwiańskich wakacji. W godzinach wczesno popołudniowych słońce eksponuje intensywne kolory starych budynków, głęboką zieleń wody i pofalowane kształty ponad sześćdziesięciometrowych wydm okalających oazę.

*cholo – popularne, aczkolwiek dość obraźliwe określenie osoby posiadającej cechy zarówno ludności indiańskiej jak i kreolskiej.