Indianie – obcy na własnej ziemi

123RF.com

Szaman z pióropuszem na głowie, odziany w skórę wilka, tańcząc wokół ogniska odprawia religijny rytuał. Takich Indian znamy, ale czy nasze wyobrażenia mają odzwierciedlenie we współczesnych czasach?
Ten widok bardziej mnie zasmucił niż rozczarował. Nie zostałam zaproszona przez wodza plemienia na wspólne palenie fajki pokoju. Zabrakło również szałasów i dzielnych mężczyzn wracających z polowania. Otaczała mnie jedynie chmura kurzu. Przypominało to trochę opuszczone miasteczko, w którym poza wychudzonym kotem szukającym pożywienia, nie ma innych oznak życia. Domy, bardzo nędzne, zbudowane z kamienia i wypalanej cegły adobe, wzmocnione drewnianymi belkami. Zamiast schodów drabiny. W niektórych domkach, w małych, kwadratowych oknach brakowało szyb (zastąpiono je powiewającą na wietrze folią). Ani śladu podwórek czy ogródków, wszystko tonęło w skalisto – pustynnym krajobrazie Nowego Meksyku. Do tego piaszczyste, dziurawe ulice i te niewyobrażalne tumany kurzu, który przylepiał się co i rusz do spoconego ciała.

reklama

To co widziałam dalekie było od scen z „Tańczącego z wilkami”, nie przywodziło również na myśl amerykańskich, zazwyczaj pięknych i dużych domów, obok których jeszcze kilka minut wcześniej przejeżdżałam. Wyglądało bardziej na przedmieścia ubogiej dzielnicy dużego miasta. Po chwili zaczęłam dostrzegać mieszkańców. Czułam jak nieufnie obserwowali każdy mój ruch. Większość z nich ubrana była w jeansy i koszule. Jedynie zdecydowane rysy twarzy, ciemne, grube włosy i mocno brązowa skóra zdradzały pochodzenie. Wyjęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia. Pstryknęłam dwie lub trzy fotki i schowałam aparat do torby. Nie zdążyłam nawet dojść do końca ulicy, kiedy podjechał do mnie radiowóz policyjny. Z samochodu wysiadł postawny Indianin, z długimi, czarnymi włosami, w mundurze z odznaką szeryfa. –Czy mogę zobaczyć pani aparat? – zapytał grzecznie lecz stanowczo. Początkowo protestowałam, ale gdy szeryf dodał – Za każde zrobione zdjęcie w San Felipe Pueblo grozi kara w wysokości 5 tys. dolarów – natychmiast usunęłam fotografie.

Kiva – miejsce kultu

Kiedy znalazłam się pośrodku San Felipe Pueblo zobaczyłam okrągły, spory budynek, który podobnie jak domy zbudowany był z cegły adobe. Część budowli zanurzona była w ziemi, a otwór w dachu, przy którym stała drabina, stanowił wejście do środka. Bardzo chciałam tam zajrzeć, ale wiedziałam, że właściciele kilkudziesięciu śledzących mnie par oczu, nie pozwolą na to. I miałam rację, gdyż stałam przed wejściem do kivy, indiańskiej świątyni – niedostępnej dla obcych.

We wnętrzu każdej kivy znajdują się kamienne, ustawione pod ścianami ławki, palenisko oraz otwór wentylacyjny. Kiva jest miejscem obrzędów, ceremonii oraz spotkań członków stowarzyszenia. Na jego czele stoi przywódca, zwany cacique, którego zadaniem jest wyznaczanie, na podstawie obserwacji słońca, dat poszczególnych ceremonii. Nie należy go jednak utożsamiać z szamanem, który używa swej wiedzy i ponadnaturalnej siły dla celów terapeutycznych, zamawiania i odczyniania. –Nasze wierzenia to jeden z najważniejszych elementów plemiennego życia. Nasi ojcowie uczyli nas, że Stwórcą jest słońce, a święte góry i ziemia są dopełnieniem świata – mówi John 50-letni Indianin, mieszkaniec San Felipe Pueblo w stanie Nowy Meksyk – stąd nasze przywiązanie do otaczającej nas natury i ceremonie, których nigdy nie zaprzestaniemy. Niektóre stare indiańskie rytuały trzymane są w ścisłej tajemnicy przez setki lat i ciągle jeszcze kultywowane.

Za dawnych czasów

Niegdyś Indianie nosili proste ubrania szyte ze skór dzikich zwierząt oraz mnóstwo ozdób w postaci opasek, bransoletek i kolczyków. Robili je zazwyczaj ze szklanych paciorków, nasion, a także z kłów lub pazurów dzikich zwierząt. Stworzyli aż dwa tysiące różnych języków i posługiwali się pismem hieroglificznym. Mieszkali w wigwamach budowanych z drzewa, bez okien i podłogi. Przed zimnem chroniła ich kora, którą obkładali ściany. W społeczności główną rolę odgrywał wódz. Był on jednak raczej mediatorem niż zwierzchnikiem władzy. Nie występował też u Indian podział klasowy. Przed wkroczeniem „białych twarzy” na ich ziemie łamanie prawa zdarzało się niezmiernie rzadko. Nie potrzebowali więzień i sądów. Dla każdego Indianina największą karą było utracić twarz w oczach innych mieszkańców plemienia.

Przez pół roku prowadzili osiadły tryb życia, wspólnie uprawiając ziemniaki, kukurydzę i fasolę, które po ususzeniu przechowywali w specjalnych kopcach. Każda rodzina w określonym czasie otrzymywała prawo do użytkowania ziemi. Wszystkie drzewa i pastwiska były wspólne, a ich eksploatacja wymagała każdorazowej zgody współmieszkańców. Ubogim i potrzebującym, którym plony nie dopisały, pomagała cała wioska. Jesienią wyruszali w drogę, w poszukiwaniu bizonów i zakładali tymczasowe obozy. Byli świetnymi jeźdźcami, co pomagało im w polowaniu, a bizony stanowiły główne źródło ich pożywienia. Łój upolowanych zwierząt służył do opału. Ze skór i kości budowali narzędzia rolnicze i ozdoby.