Kraj silnego światła

fotochannels.com

Maoryska legenda mówi, że zanim zmarli przodkowie udadzą się w duchowy wymiar, przysiadają na chwilę w cieniu wielkiego drzewa pohutukawa, które rośnie na przylądku Reinga. Przed podróżą wspinają się na klif, by spojrzeć ostatni raz na ziemię i wykonać ostatni skok do domu, do legendarnej krainy Hawaiiki. Według innej legendy łzy Rangi, boga nieba, spłynęły na ziemię, tworząc jeziora i oceany. Może dlatego Nowa Zelandia jest cudem natury

reklama

Samochody po lewej stronie drogi, słońce góruje na północy, mech rośnie od strony południowej, woda w umywalce kręci się na odwrót, a Orion na nocnym niebie stoi na głowie! Wszystko wywrócone na opak! Pierwszym Europejczykiem, który dopłynął do Nowej Zelandii, był Holender Abel Tasman. Wraz z ekspedycją Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej poszukiwał w latach 1642–43 wielkiego kontynentu – Terra Australis Incognita. Próba zejścia na ląd skończyła się tragicznie: łódź z załogą zaatakowała maoryska piroga. Czterech marynarzy zginęło. Tasman nazwał to miejsce Zatoką Pogromu. Następny Europejczyk – James Cook – postawił nogę na tej ziemi dopiero 130 lat później. Do dziś nie wiadomo na pewno, skąd pochodzą rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii. Z dalekiej Azji? Z Mezopotamii? Z Ameryki Południowej?

Wiadomo tylko, że około 800 r. n.e. dotarli tu osadnicy z Polinezji, a ich potomków z czasem zaczęto nazywać Maorysami. Zanim część załogi Tasmana stała się maoryskim obiadem, co osławiło ten ląd jako kraj kanibali, tubylcy nazywali swoją ojczyznę Aotearoa – Krajem Długich Białych Obłoków albo Krajem Silnego Światła. Wychodzimy na Światło. To będą nasze narodziny.

Dom spotkań

Kto chce się zatrzymać w maoryskim domu spotkań, musi wziąć udział w ceremonii, której forma nie zmieniła się od wieków. Dopiero pomyślne dopełnienie rytuału powitalnego powhiri czyni z przybyszów oficjalnych gości i daje im prawo przebywania w uświęconej przestrzeni przodków.

Dom spotkań Plemienia Ptaka jest niewielki. Tak jak miejscowość, w której się znajduje. Karetu, położoną w malowniczej dolinie wioskę, zamieszkują zarówno Maorysi, jak i Pakeha, czyli „białoskórzy” mieszkańcy Nowej Zelandii.

Ceremonię powitalną rozpoczyna płaczliwe zawodzenie. Karanga, sztuka łzawego nawoływania, to przywilej zarezerwowany dla jednej ze starszych kobiet i przekazywany z pokolenia na pokolenie w linii żeńskiej. Według Maorysów to właśnie kobieta jako dawczyni życia i pierwsza ludzka istota stworzona z gliny i oddechu boga Tane ma moc przywołania ducha dziecka w czasie narodzin.

Na progu skromnego drewnianego domu spotkań stoi ciocia Ruth. Przejmującą pieśnią karanga zaprasza do środka duchy przodków i daje gościom sygnał do wejścia. Jak nakazuje tradycyjny protokół, spuszczamy głowy w pokornym ukłonie, by następnie przekroczyć próg świętego domu i spotkać się oko w oko z groźnie wyglądającymi przedstawieniami maoryskich przodków.

Najpierw przemawiają gospodarze, potem goście. Głos zabierają tylko najstarsi lub najważniejsi mężczyźni. Moc ich przemówień świadczy o sile całej społeczności. Dlatego liderzy doskonalą się w sztuce oratorskiej whaikorero, w odpowiedniej gestykulacji i mowie ciała. Domeną kobiet jest śpiew, który wieńczy wystąpienia mężczyzn, bo trzeba zrównoważyć męskiego ducha rywalizacji wdziękiem i poezją.

W imieniu naszej grupy przemawia nasz nauczyciel Hemi Hoani Fox. Jako maoryski uzdrowiciel w latach 90. przywiózł do Europy polinezyjskie metody uzdrawiania, tworząc podwaliny mauri – systemu rozwoju osobistego poprzez pracę z ciałem. Teraz przywozi do Nowej Zelandii adeptów z wielu krajów.

Gospodarze witają go jak swego. Bo mieszkańcy Karetu to bliżsi lub dalsi krewni Hemiego. Nazywa się ich po prostu wujkami albo ciociami. Kiedy nasze Plemię Białego Orła odśpiewuje na zakończenie ceremonii skoczną ludową piosnkę: „Miała baba koguta”, ciocie i wujkowie z Plemienia Ptaka rytmicznie się kołyszą i krzyczą radosne pozdrowienie: Kia Ora!

Huna – wiedza ukryta

W ciągu najbliższych tygodni odwiedzamy jeszcze dwa inne domy spotkań. Obecność tylu Pakeha z Norwegii, Szwecji, Polski, Węgier, a nawet Islandii największą sensację wzbudza zawsze wśród najmłodszych. Przedszkolakom z Waikare opanowanie ćwiczeń, których przeciętny Europejczyk mozolnie uczy się przez kilka tygodni, zajmuje tylko chwilę. Maluchy mają tę wiedzę we krwi. – Za to, czego was tu uczę, w latach 60. poszedłbym do więzienia – mówi Hemi i uśmiecha się, widząc niedowierzanie studentów.

Mówi prawdę. Jeszcze do początku lat 70. XX wieku propagowanie starej polinezyjskiej filozofii i praktyk zwanych huną było w Nowej Zelandii karalne. Uznawana za zabobon i piętnowana pradawna mądrość przodków została zapomniana. Szczytem aspiracji i gwarancją społecznego awansu stało się dla Maorysów zdobycie porządnego wykształcenia uniwersyteckiego i przyjęcie bezpiecznego naukowego światopoglądu. Matki nadawały dzieciom wyłącznie europejskie imiona, coraz rzadziej też decydowały się przekazywać wiedzę o uzdrawianiu, roślinach leczniczych, sile umysłu, kosmosie i przodkach. „Huna” oznacza, nomen omen, „wiedzę ukrytą”. Do dziś pozostało bardzo niewielu tohunga, czyli maoryskich uzdrowicieli i kapłanów. Zwykle nie znajdują duchowych następców, a ich biologiczni potomkowie nie kwapią się, by pamiętać. Większość tohunga otrzymała dar po którymś z przodków. Tak jak Hemi Hoani Fox.

 

Ten Maorys, który poniesie naszą wiedzę…

O Hemim krążą niesamowite historie. Podobno miał zaledwie siedem lat, kiedy w świat mocy wprowadzała go jego babka – Hira Moewaka Kemp-Johnstone, kobieta wódz plemienia Kapotai. Przez większość dorosłego życia uzdrowicielskie umiejętności Hemiego pozostawały w uśpieniu. Aż do czasu, gdy kierunek jego życiowej ścieżki wytyczyła seria nieprzypadkowych zdarzeń. Nie wiadomo, które z nich było najbardziej przełomowe. Może to, gdy jego samochód zjechał z drogi i wylądował w rowie? A może to, kiedy hawajski uzdrowiciel Abraham Kawaii rozpoznał w Hemim „tego Maorysa, który poniesie polinezyjską wiedzę w nowe tysiąclecie”, albo zakład z pewnym amerykańskim turystą?

Nieważne, o co się założyli. Grunt, że Hemi wygrał, a w drodze rewanżu Amerykanin zaproponował mu pobyt w swoim apartamencie w Kopenhadze. A w Kopenhadze akurat miała się odbyć pierwsza międzynarodowa Konferencja Tradycyjnych Uzdrowicieli. W ten sposób licząca kilka tysięcy lat polinezyjska wiedza znalazła się w Europie, a życie Hemiego potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Przeznaczenie postawiło na jego drodze kobietę, która dorównywała mu wiedzą. Dziś Hemi i Katja Fox nauczają zgodnie z tradycyjnym polinezyjskim przekazem.

Rodzina drzew i ludzi

– W buszu nietrudno zabłądzić – Hemi i Katja ostrzegają nas, że zdarzały się przypadki śmierci z wyczerpania. Oszołomieni doznaniami turyści czasem tracą orientację i panikują, nie mogąc znaleźć szlaku. Choć nie ma tu ani dzikich zwierząt, ani jadowitych węży, samodzielna wyprawa do buszu jest wielką lekcją uważności. To bujna i bardzo hałaśliwa dżungla wypełniona rozmaitością rosłych drzew, po których wspinają się ku światłu tuziny roślin. Wszystko, co żywe, wyciąga ramiona lian, stroszy kolorowe piórka, pręży łodyżki, tańczy, bzyczy lub krzyczy.

Foto: Corbis

Wszystkie gatunki roślin i zwierząt współżyją tu w harmonii. Zupełnie jak różne nacje, które przybyły do Nowej Zelandii i łagodnie zapuszczają korzenie, korzystając z żyznej krainy światła. Kilkumetrowe paprocie sprawiają, że łatwo tu poczuć się jak w „Parku Jurajskim”. Oszałamiający aromat lekko wilgotnej ziemi po chwili ustępuje miejsca intensywnej nucie miododajnego drzewa manuka. Wkrótce miesza się z korzenną wonią kory i lekko kwaśnym bukietem maleńkich żółtych śliwek, których tu pełno. Aż kręci się w głowie. Czas biegnie tu po swojemu. Umysł sądzi, że minęły długie godziny marszu, ale zegarek wskazuje, że to tylko kwadrans. A w świadomości pojawiają się odpowiedzi na ważne pytania, z którymi warto do buszu się udać!

Słychać daleki kobiecy głos. Dwie Maoryski śpiewają znajomą pieśń o bogu lasu Tane. Zgodnie z mitem to Tane rozdzielił Ojca Niebo i Matkę Ziemię, sprowadził na ziemię światło. Następnie stworzył drzewa, a potem ulepił z gliny kobietę i tchnął w nią życie. Tane jest wspólnym przodkiem ludzi i drzew. Z bliska widać, że Maoryski śpiewają drzewu! Kauri jest gatunkiem endemicznym. Nie spotka się go nigdzie indziej. W parku drzew kauri jest wiele monumentalnych roślin, ale majestatyczny Tane Mahuta, czyli Ojciec Lasu, ma pień o średnicy 13 metrów! Liczy sobie 2,5–3 tysiące lat i pamięta czasy, kiedy na tych wyspach nie było ani jednego człowieka. Jego wielkość sprowadza nasze ludzkie dramaty do odpowiednio małej skali.

Tam, skąd skaczą duchy

O najdalej wysuniętym na północ przylądku Reinga słyszy się: „To trzeba zobaczyć”. Jak tu coś jednak zobaczyć, gdy leje, a na dodatek wszystko zakrywa mgła? Ale przecież z żywiołami można negocjować, jak uczą polinezyjscy szamani. Zaklinamy więc panie Ulewę i Mgłę, aby odsłoniły nam widok choć na minutkę. Po godzinie docieramy na miejsce. Leje, a widoczność ogranicza się do kilku metrów. Stoimy nad urwiskiem w mleku mgły, która nagle dzieli się na regularne słupy i z niezwykłą szybkością zaczyna wspinać się z poziomu morza na klif. W ciągu 10 minut nie ma śladu po dwóch mokrych paniach. Widać, jak Morze Tasmana zderza się z Pacyfikiem. W drodze powrotnej dowiadujemy się, że zmarli przodkowie, zanim na dobre udadzą się w duchowy wymiar, przysiadają na chwilę w cieniu wielkiego drzewa pohutukawa, które rośnie na przylądku Reinga. Przed podróżą wspinają się na klif, by spojrzeć ostatni raz na ziemię i wykonać skok do legendarnej krainy Hawaiiki. Hemi mówi: – Dostaliście ogromne błogosławieństwo, że mogliście to zobaczyć!

Żegnamy gorącą i wietrzną Wyspę Północną, by poczuć klimat wilgotnej i chłodniejszej Wyspy Południowej i ruszyć Szlakiem Zielonego Kamienia. Wyspa Południowa jest zagłębiem tego klejnotu. To właśnie nowozelandzki jadeit o zielonej barwie słynie ze zdolności harmonizowania uczuć. Pounamu, jak nazywają go Maorysi, leczy złamane serca, ucząc nas, że w życiu, by narodzić się do nowego, wciąż trzeba coś dawnego żegnać.

Zostawiliśmy tu wiele starych przekonań o własnej niemocy. Jeśli już się było na końcu świata, wszędzie jest potem blisko.

Jak powstawali Maorysi

Gdy w 1769 r. James Cook ponownie odkrył Nową Zelandię i poddał ją Koronie Brytyjskiej, rozpoczęła się era kolonizacji i krwawych konfl iktów z Maorysami. Dopiero w 1840 r. podpisano porozumienie z 50 maoryskimi wodzami, tzw. traktat z Waitangi, który gwarantował tubylcom własność ziemi, lasów i łowisk. To jednak nie zakończyło wojen, bo biali anektowali kolejne tereny zamieszkane przez Maorysów, a w 1877 r. sąd najwyższy unieważnił traktat. Z powodu biedy i chorób populacja Maorysów zmniejsza się o blisko połowę. Cały wiek XIX to okres brutalnie tłumionych powstań przeciwko Brytyjczykom. Dopiero w 1975 r. parlament przywraca traktat z Waitangi i przyznaje odszkodowania za zabraną ziemię. 10 lat później pierwszy Maorys, Paul Reeves, zostaje generalnym gubernatorem wyspy. Maorysi stanowią dziś 15 proc. czteromilionowej populacji kraju. Język maoryski jest od 1987 r. urzędowym (obok angielskiego) językiem Nowej Zelandii, a krajowcy mają swoich przedstawicieli w parlamencie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »