Lahic – perełka w Kaukazie Wielkim

Naszą przygodę w górach Kaukaz rozpoczynamy w Azerbejdżanie, dokąd udajemy się samolotem ukraińskich linii lotniczych z Krakowa do Baku, z dwiema przesiadkami we Lwowie i Kijowie. W Baku lądujemy wcześnie rano, więc jest duża szansa, że jeszcze dziś uda się nam dojechać na południowe zbocza Wielkiego Kaukazu. Jak wszystko pójdzie dobrze to jutro rano wyruszymy w pieszą wędrówkę w góry.
Trochę autobusem, trochę metrem, onieśmieleni chaosem wielkiego miasta, docieramy do dworca autobusowego, gdzie pakujemy się do marszrutki – lokalnego busa. Kierunek Ismayilli, koszt ok. 2 dolarów. Podróż przebiega nam bardzo przyjemnie, pierwszy raz w Azerbejdżanie, więc chłoniemy widoki przez okno. A jest co podziwiać! Droga prowadzi przez pofałdowane, pozbawione jakichkolwiek oznak życia pustkowie, rozciągające się po horyzont.

reklama

W Ismayilli jesteśmy około południa, autobus do Lahic już stoi na przystanku, pełen ludzi, ale kierowca informuje nas, że odjazd dopiero za dwie godziny, więc idziemy coś przekąsić. Nie mogę się nadziwić, że pomimo upału i dwóch godzin do odjazdu, prawie wszyscy pasażerowie siedzą już w autobusie. Kiedy za dwie godziny wracamy na przystanek okazuje się, że w autobusie nie ma już miejsc siedzących i pozostaje nam ulokować się na desce, pomiędzy workami z ryżem i nie wiadomo czym jeszcze, na tyłach. Jednak dopiero po drodze przekonuję się dlaczego dobre miejsce siedzące w autobusie było tak ważne i warte pilnowania przez dwie godziny.

Droga do Lahic to wyboisty, wykuty w skale trakt, biegnący wzdłuż rzeki. Dwadzieścia kilometrów pokonujemy w trzy godziny, co daje dobre wyobrażenie o jakości drogi. Siedząc na tyłach autobusu, na gołej desce, podskakuję na każdym najdrobniejszym wyboju, więc kiedy docieramy na miejsce trudno mi uwierzyć, że mój kręgosłup jest w całości.

Po wstępnych oględzinach ciała i pozbawieniu plecaków w końcu rozglądam się wokoło. Widok przerasta wszelkie moje oczekiwania. „Co za dziura” i tym podobne myśli kłębią mi się w głowie na widok szutrowej drogi przed nami, zardzewiałej wiaty, która prawdopodobnie jest przystankiem autobusowym, jeszcze bardziej zardzewiałego znaku zakazu wjazdu i szarego wyschniętego koryta rzeki.

Na ten widok jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jutro skoro świt, pomimo zmęczenia, wyruszamy w dalszą drogę. Włożyliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy pod górę, za resztą pasażerów z autobusu. Kiedy mijamy pierwszy budynek ktoś woła za nami po angielsku: – „szukacie noclegów?” – planowaliśmy spać w namiocie, ale po znojach podróży perspektywa wygodnego łóżka jest niezwykle kusząca.

Chłopak, który nas zawołał okazuje się być synem właściciela pensjonatu Cannet Bagi. Jedynego pensjonatu w całym Lahic. Brak konkurencji nie ma tu jednak wpływu ani na cenę ani na jakość usług. Jest czysto, komfortowo i bardzo tanio. Nocleg kosztuje ok. 10 dolarów na osobę, więc nawet się nie targujemy. Zostajemy ulokowani na pierwszym piętrze, gdzie sypialnie wychodziły na drewnianą przeszkloną werandę. Jesteśmy oczywiście jedynymi gośćmi.

Po wstępnym rozpakowaniu plecaków schodzimy na dół w poszukiwaniu łazienki. Chłopaka, który mówił po angielsku nigdzie w pobliżu nie ma, więc, trochę na migi, trochę rekwizytami pokazujemy właścicielowi o co nam chodzi.

Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy zostajemy zaprowadzeni do osobnego budynku z dużymi szklanymi drzwiami i oknami, z ławeczkami ustawionymi w krąg i wielką niebieską klapą pośrodku. Właściciel wręcza nam klapki i oznajmia, że kiedy wyjdzie to mamy się tu rozebrać i wejść „tam” – mówiąc to wskazuje ręką drewniane niebieskie drzwiczki do piwnicy. Jesteśmy trochę skonsternowani, ale chęć umycia się wygrywa. Po otworzeniu klapy czekała nas miła niespodzianka. Zamiast piwnicy naszym oczom, kiedy już oswoiły się trochę z półmrokiem, ukazuje się hamman, jak potem wyczytam w przewodniku – zabytkowy, liczący sobie ponad 300 lat. Hammam to inaczej łaźnia, bardzo popularna rzecz na Bliskim Wschodzie. Ta, do której wchodzimy jest dwukomorowa, wykopana pod ziemią, a częściowo wykuta w skale, gdzie pierwsza komora jest sucha i służy do wypoczynku, a do drugiej wpadała woda ze strumienia, wcześniej podgrzanego palącym się nad łaźnią, w specjalnie skonstruowanym do tego palenisku, ogniem. Obie komory są stosunkowo duże, jednocześnie zmieściłoby się tam 20 osób w każdej. Hammam doświetlony jest świetlikami wykutymi w skale, więc w środku panuje miły półmrok. Ciepłe, wilgotne powietrze i gorąca woda, którą wylewam na siebie specjalnie przystosowanym do tego czerpakiem, zmywają ze mnie całe zmęczenie.

Nie ma nic przyjemniejszego niż wyjście z hammanu na wieczorny chłód. Kąpiel zaostrza nam apetyty więc postanawiamy zapytać o kolację. Zostajemy zaproszeni do malowniczo położonego sadu z widokiem na góry. Na kolację dostajemy bardzo proste, za to bardzo smaczne danie – jedno z niewielu do wyboru. Mielona baranina, nawinięta na metalowy pręt, grillowana na żarze (miejscowy szisz kebab), do którego sałatka z grillowanych pomidorów z cebulą, pietruszką, koperkiem i cytryną, pszenny chleb domowej roboty i oczywiście herbata. Cały posiłek kosztuje nas nie więcej niż 2 dolary za osobę.

Zmęczeni po całym dniu wrażeń postanawiamy zostać w Lahic jeszcze jeden dzień. Nawet gdyby reszta miasta miała okazać się nieciekawa, to hamman i dobry posiłek w sadzie rekompensuje wszystko.

Następnego dnia rano, wyspani i wypoczęci udajemy się na podbój miasteczka z nadzieją znalezienia sklepu spożywczego i zaopatrzenia się na trekking. Po dwustu metrach marszu szutrową drogą i paru zakrętach dochodzimy do wybrukowanego placyku, otoczonego pięknymi kamiennymi zabudowaniami, jakby w całości przeniesionymi z Persji. Z placyku odbiegają wybrukowane uliczki, wzdłuż których biegną jedno i dwupiętrowe kamienne domy z drewnianymi bramami i balkonami, zdobionymi perską ornamentyką. Niektóre z bram okazują się być otwarte i kryją w swoim wnętrzu warsztaty rękodzielnictwa z cyny i metalu, a także tkalnie dywanów.

Natychmiast zapominamy o głównym celu naszej wyprawy, czyli zakupach i ruszamy przed siebie plątaniną wybrukowanych uliczek, wijących się raz ostro w górę innym razem łagodnie schodzących w dół. W miasteczku jest zupełnie cicho, czasem słychać tylko stukanie młotka dochodzącego z warsztatu, śmiech dzieci bawiących się na ulicy, albo stukot końskich kopyt odbijający się echem od kamiennych zabudowań.

Właściciele sklepów i warsztatów chętnie zapraszają nas na krótką pogawędkę i herbatę. Pokazują swoje piękne wyroby: tace, imbryki, misy, biżuterie i oczywiście piękne perskie dywany. Wypytują z jakiego kraju przyjechaliśmy i co słychać w szerokim świecie. Na szczęście pamiętamy jeszcze rosyjski ze szkoły podstawowej, dzięki czemu konwersacja jest możliwa.

W miasteczku praktycznie nie ma ruchu kołowego, mieszkańcy przemieszczają się głównie na koniach i osłach, co dodaje całej miejscowości jeszcze większego uroku. Każdy kto jest spragniony odpoczynku od cywilizacji i chciałby zakosztować prostego życia, znajdzie tu miejsce dla siebie. W sklepach spożywczych jedynym produktem zapakowanym w plastikowe opakowanie jest woda mineralna. Cała reszta to produkty miejscowych rolników. Skarłowaciałe pomidory i papryka, dalekie od standardów unijnych, za to o niezapomnianym smaku i aromacie. Świeże jaja, masło i śmietana. Owcze i kozie sery prosto z beczki. Worki pszenicy i ryżu. I pyszny pszenny chleb.

Czas toczy się tutaj bardzo powoli, wyznaczany nawoływaniem muezina, odbijającym się o otaczające szczyty. Zmęczeni pieszą wędrówką, po cichych i prawie pustych uliczkach wracamy do naszego sadu na posiłek i herbatę. Kebab jest tu podstawią menu, za to dziś do herbaty dostajemy wiśnie. Przed nami jeszcze wizyta w Hammamie i zachód słońca w sadzie.

Z ogromnym żalem myślę sobie o jutrzejszym wymarszu. Chętnie zostałbym tutaj parę dni. Jutro czekają nas jeszcze zakupy świeżego pieczywa i warzyw, zgodnie z umową jaką dziś zwarliśmy ze sklepikarzem i przeprawa przez potężny most na suchej rzece (suchej oczywiście tylko latem). Most był budowany przez radzieckich konstruktorów za czasów ZSRR. Miał on połączyć Lahic z Quba, drogą przez góry. Niestety budowa została przerwana w połowie i most od strony Lahic nie łączy się z brzegiem rzeki. Ludzie wysypali sobie na niego podjazd z dna koryta. Jest to naprawdę osobliwy widok.

Następnego dnia rano zarzucamy plecami na plecy i udajemy się w dalszą drogę, z ogromną nadzieją, że tu jeszcze wrócimy. Po godzinie marszu pod górę robimy postój żeby ostatni raz popatrzeć na malowniczą dolinę i miasteczko ukryte przed cywilizacją, w jednej z licznych dolin Kaukazu Wielkiego.