Laos – Wędrujący z duchami

Antoni Konopka

reklama

Na górzystym wschodzie Laosu, niewielkiego państwa na Półwyspie Indochińskim, żyje plemię Hmongów. Nie uległo Francuzom okupującym południowo-wschodnią Azję. Nie dało się zniszczyć wietnamskim i laotańskim komunistom. W jego narzeczu „Hmong” oznacza „wolność”. Hmongowie żyją w symbiozie z naturą i duchami. Bieda zapewnia równość, a odwieczne zwyczaje – braterstwo.


Nice Lee kosztowała swojego męża Theka pięć sztabek srebra. Dwie dodatkowe sztabki pokryły koszty wesela. W sumie kilka tysięcy dolarów. – Słono za mnie zapłacił, ale jestem tego warta – uśmiecha się Nice. – Nie jestem leniwa, a w pięć lat po ślubie dałam mu już trójkę dzieci. Ona w posagu wniosła do klanu męża 25 świń, 10 krów, dwa tuziny kur, srebrną biżuterię i sporo gotówki. Są więc kwita.

Matrymonialna gra w piłkę

Poznali się, gdy Nice miała niecałe 16 lat, podczas hucznych dwutygodniowych obchodów Nowego Roku. W siedem dni później byli już po ślubie. Od ceremonii nie minęło dziesięć dni, a Nice już na dobre zadomowiła się u teściów w miejscowości Ban Nasala w Górach Annamskich na wschodzie Laosu. Kilkadziesiąt chat na łagodnym stoku, dookoła gęstwina tropikalnego lasu. Mieszkańcy uprawiają ryż, kukurydzę, warzywa, mak na opium, hodują świnie, bawoły, gęsi i kury. Z rzadka chodzą na targ do pobliskiego miasteczka, by uzupełnić zapasy soli, cukru czy mydła. Zresztą bita, czerwona, wyboista droga w porze deszczowej staje się nie do przebycia.

Nad progiem krytego strzechą z trawy drewnianego domu Nice wisi kolba czerwonej kukurydzy – ma chronić domowników przed złymi duchami. Wewnątrz panuje półmrok, tutejsze chałupy nie mają okien. Wnętrze zadymione od gotowania na palenisku, zamiast podłogi ubita ziemia.

Wokół panuje głęboki spokój. Gdaczą kury, w oddali pieje kogut, monotonnie cykają świerszcze, uważane tu za dusze zmarłych. Z dżungli dobiega świergot chroniących się w listowiu przed upałem ptaków.

Nice wspomina, jak posłuszna zwyczajom swego plemienia Hmongów przez wiele miesięcy cierpliwie haftowała wielokolorową siedmiometrową spódnicę. W ten sposób gotowe do zamążpójścia dziewczęta szykują się na nadejście Nowego Roku (zgodnie z kalendarzem księżycowym wypada na początku grudnia) oraz do… noworocznej gry w piłkę.

– Pokładałam w tym wykwintnym stroju wielkie nadzieje – wyznaje Nice. Podczas ceremonialnej gry w piłkę staranność haftu miała być bowiem znakiem jej pracowitości dla potencjalnego kandydata na męża. – I udało się! – uśmiecha się.

Reguły gry nie są skomplikowane. – Stajemy w dwóch rzędach i przerzucamy się piłką. Kto jej nie złapie, musi dać fant, a potem go wykupić – tłumaczy Nice. Wspólna gra to świetna okazja, żeby wybadać, czy osoba z innego klanu, która wpadła ci w oko, byłaby zainteresowana małżeństwem. Jako że cały rok jest nieodmiennie wypełniony pracą na roli, tylko w czasie noworocznych obrzędów ludzie mają chwilę wytchnienia. Wykorzystują ten czas, by znaleźć sobie partnera.

– Mogłem cię też porwać! – wtrąca się do rozmowy Thek. Tak właśnie doszło do ślubu jego rodziców. – Tata zobaczył mamę przy studni. Spodobała mu się. No to ją porwał! – wyjaśnia rzeczowo. – Trzy dni później swaci stawili się u moich dziadków i ustalili szczegóły ślubu. – Kiedyś kobieta nie miała wyboru, musiała wyjść za swojego porywacza – dodaje Nice. – Teraz jak się dziewczynie chłopak nie podoba, nikt jej nie zmusi, by wyszła za mąż wbrew swojej woli.

Przekleństwo żaby

Wychodząc za mąż, Nice zmieniła klan. Teraz opiekę nad nią sprawują duchy zmarłych przodków jej męża. To im Nice regularnie składa ofiary i ich pamięć czci.

W życiu tego pochodzącego z południowych Chin ludu ogromną rolę odgrywają duchy. Ponoć niegdyś zamieszkiwały ziemię razem z ludźmi. Ci ostatni jednak ściągnęli na siebie gniew stwórcy wszechświata – żaby Blong Lue. Ta za karę skazała ich na samotne życie z dala od duchów, w świecie choroby i śmierci, deszczu i upałów, opadających z drzew liści i przerzedzonych lasów, gdzie człowiek zatracił zdolność powstania z martwych po 13 dniach. Teraz tylko szaman może swobodnie wędrować przez świat duchów, który odgradzają od doczesności szeroka woda i 12 gór.

Foto: Antoni Konopka

Duchy wpływają na wszelkie aspekty życia zwykłych śmiertelników, począwszy od rozmieszczenia chałup w wiosce. Poruszają się bowiem w linii prostej i nic nie może stać im na przeszkodzie. Domy pełne są opiekuńczych duchów qhuas. Każdy z nich mieszka w innej części chaty – w palenisku, w progu domu czy w sypialni. Najważniejszy z nich, duch pomyślności dab xue kab, rezyduje w specjalnie dla niego wybudowanym na wprost drzwi wejściowych ołtarzu z papieru ryżowego.

Dżungla natomiast, a zwłaszcza ciemne kępy krzaków czy samotnie stojące głazy, to domena złośliwych duchów dab qus. Lepiej nie naruszać ich spokoju, by z zemsty nie porwały naszej duszy! Ale najbardziej niebezpieczne są duchy wypadków i nieszczęść vee shu vee shy. Czyhają one na domowników na każdym kroku i tylko regularnie odprawiane egzorcyzmy mogą przed nimi uchronić.

Targi z panem zaświatów

W 300-osobowej wiosce Ban Nasala jest aż dziewięciu szamanów, ale wszyscy najbardziej wierzą w moc Nii Hiafong Yang. Ołtarz w jej chacie ozdabia długi sznur świńskich szczęk. Nia w ciągu roku zbiera ich ponad 250 – za każdy bowiem pomyślnie odprawiony czar dostaje głowę prosiaka i jego udo. (To dlatego w rodzinie szamana mięsa jest zawsze pod dostatkiem). Duchy powołały Nię na służbę sześć lat temu. Nagle zapadła na tajemniczą chorobę, nie mogła się ruszać, targały nią dreszcze. Wezwany na pomoc szaman zawyrokował, że dobroczynne duchy neeb wybrały ją na medium dla swych uzdrowicielskich mocy. Terminowała u szamańskiego mistrza przez dwa lata, poznając tajniki sekretnej wiedzy. Ale tak naprawdę sztuki kontaktowania się z zaświatami nie można się nauczyć. To duchy tobą kierują i mówią, co trzeba robić.

Foto: Antoni Konopka

Kiedy jakiś czas temu Thek zachorował, od razu wezwano Nię Hiafong. Według Hmongów bowiem choroba to znak, że jedna z trzech dusz człowieka dla zabawy podczas snu opuściła ciało i zabłądziła gdzieś w zaświatach. Tylko szaman, w towarzystwie armii sojuszniczych duchów, jest w stanie ją odnaleźć. W razie potrzeby może nawet wdać się w bezpośrednie targi z panem zaświatów Zu Nyongiem o przedłużenie licencji pacjenta na życie na tej ziemi.

– Szamanka nakazała nam złożyć ofiarę ze świni, by wymienić jej duszę za duszę Theka – wspomina Nice.

Podczas gdy rodzina paliła papierowe pieniądze jako zapłatę dla duchów, Nia siadła okrakiem na drewnianej ławie na wprost domowego ołtarza. Zasłoniła twarz magicznym kapeluszem, by wejrzeć w inny wymiar. Przy dźwięku bębna i grzechotek szybko wprowadziła się w trans i pogalopowała na magicznym koniu do świata duchów. Cała się trzęsła i podskakiwała, doniosłym śpiewem kontaktując się z zaświatami. Po dwóch godzinach wyczerpana wróciła. Wyprawa się udała! Jeszcze tylko trzeba zmienić pacjentowi imię: z Chetso, nadanego gdy stał się ojcem, na Thek. Dzięki temu będzie nierozpoznawalny dla nieprzychylnych mu duchów.

Sadzawka w leju po bombie

Nia Hiafong nie wie, ile ma lat. Przypuszcza, że jakieś 65. Tutaj nikt do takich drobiazgów jak data urodzenia nie przywiązuje wagi. Nie pamięta też dokładnie, kiedy przyszło na świat każde z jej dziewięciorga dzieci. Wie tylko, że troje z nich zmarło, w tym najstarszy syn – od miny, gdy miał jakieś 12 lat. W ostatnim roku wojny wietnamskiej. Odkąd Nia sięga pamięcią, w tej dawnej kolonii francuskiej w południowo-wschodniej Azji toczyły się walki. Najpierw z Francją o niepodległość (1946–53), potem ze Stanami Zjednoczonymi o wprowadzenie komunizmu (1964–75).

Foto: Antoni Konopka

Amerykanie zarzucili wschód Laosu ponad dwoma milionami ton bomb. Choć to więcej, niż spadło na faszystowskie Niemcy podczas II wojny światowej, mało kto na świecie słyszał o tej sekretnej wojnie. Prowincja Xieng Khouang, gdzie mieszka Nia, stała się najsilniej bombardowanym regionem w historii ludzkości. Teraz jej syn Yaitong wraz z dziesięcioletnim wnukiem Nu przeszukuje po zmroku okolice, mozolnie wydłubując z ziemi metal. To nielegalne, ale za kilogram złomu na targu można dostać aż 20 centów.

Te 500 tys. ton niewypałów, min i odłamków, które wciąż spoczywają w ziemi, stanowi dla ich rodziny nie lada gratkę. Ślady wojny są harmonijnie wplecione w życie codzienne wioski. W skorupach bomb uprawia się cebulę; amerykański hełm służy do czerpania wody ze studni; na talerzach z wraku bombowca podaje się posiłki – ryż i odrobinę warzyw; obejścia ogrodzone są płotami z zardzewiałej blachy, która Bóg raczy wiedzieć, do jakich celów wojskowych służyła. Zaś w kraterze po bombie w samym sercu wioski w porze deszczowej zbiera się woda, w której z lubością taplają się dzieci i świnie.

Opium na skrajną biedę

Podczas wojny wietnamskiej część plemienia Hmongów opowiedziała się po stronie Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1975 roku armia amerykańska opuściła Wietnam, CIA wycofała z Laosu swój personel i 180 tys. Hmongów musiało uciekać z kraju. Klan Nii walczył jednak u boku zwycięskiej komunistycznej partii Pathet Lao (Kraj Laotańczyków). Stąd po zakończeniu działań wojennych jej wioska mogła wrócić do swoich zajęć regulowanych rytmem natury.

Foto: Antoni Konopka

– Znów zbieramy warzywa z ogródków, ryż z pola i polujemy w dżungli na zwierzynę. Choć nie wszystko jest jak dawniej – wyznaje Nia.

Kiedyś Hmongowie uprawiali ziemię i byli samowystarczalni. Żyli skromnie, ale nie znali głodu. – Odkąd jednak komunistyczny rząd nakazał przekazywać sobie jedną trzecią zbiorów ryżu jako podatek, a jedną trzecią jako rezerwę do wioskowego banku ryżu, niewiele zostaje nam na własny użytek – wzdycha.

Do tego w 2003 roku zabroniono im uprawiać mak na opium. Od wieków za pieniądze ze sprzedaży brunatnych bryłek tego narkotyku kupowali narzędzia, tkaniny, nici. Teraz jednak pod naciskiem międzynarodowym rząd chce, by uprawiali co innego. Ale przecież nic nie przyniesie im takiego dochodu jak opium! Za jego kilogram mogą zarobić ponad 500 dolarów.

– To dlatego pola maku są teraz oddalone od wioski o 2,5 godziny marszu stromą ścieżką przez dżunglę. Musimy wyruszać na długo przed świtem. Słońce szybko wysusza drogocenny sok, który trudno jest później zebrać z makówki – wyjaśnia Nia z konspiracyjnym uśmiechem.

Powrót do źródła

W tych odizolowanych społecznościach opium to również często jedyne dostępne lekarstwo, dobre na każdą dolegliwość. Zresztą zarabiających średnio 10 centów dziennie Hmongów i tak nie byłoby stać na nic innego.

Kiedy zarówno ten środek, jak i szamani zawiodą, czas szykować się do długiej wędrówki do mitycznej wioski przodków, położonej gdzieś w Mongolii, a może i nawet w dalekiej Laponii. Ponoć trwa ona rok i obfituje w rozmaite niebezpieczeństwa. Ale ten powrót do praźródeł jest konieczny, jeśli dusza ma się ponownie narodzić. Od czterech tysięcy lat każdy z siedmiu milionów członków plemienia (nieważne, czy mieszka w Laosie, Chinach, Wietnamie, Tajlandii czy w Birmie, a teraz także – na skutek zawieruchy wojennej – w USA, Australii i Francji) odradza się w ten sposób. W coraz to innej rodzinie, innej wiosce, innym państwie. Ale grunt, że nieodmiennie powraca na ziemię jako Hmong. Co więcej – jako członek tego samego klanu. To źródło wewnętrznego spokoju i pogodnej łagodności, z jakimi plemię stawia czoło przeciwnościom losu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »