Miłość po arabsku

Michał Kukawski

reklama

27-letni Mohammad i 34-letnia Maryam poznali się w Syrii. Przez półtora roku mieszkali w Damaszku, bez ślubu, w ukryciu – przed jednymi udając małżeństwo, przed innymi tylko znajomych. Ona – niezależna, samodzielna kobieta, z masą znajomych na całym świecie. On – rozpieszczony chłopak z bogatego domu, dobrze wykształcony, ale niezbyt obrotny i nie lubiący podróżować.

Zaimponowała mu swoją zachodnią powierzchownością, stylem bycia i miłością do ich rodzimego kraju – Iraku. Jednak dla jego rodziców pozostawała przede wszystkim o prawie 10 lat starszą kobietą od Mohammada. Logika podpowiadała im jedno – jeśli do tak późnego wieku nie udało jej się znaleźć męża, to musi być z nią coś bardzo nie tak. Zdecydowali się podstępem zwabić syna do Bagdadu, po czym zamknęli go w domu, zastraszając wizją wydziedziczenia. Margam nic nie mogła zrobić. Była bezradna i zrozpaczona.

Postanowiłem, że wyjadę z Polski na jakiś czas i spotkam się z Margam w Syrii. Na Bliskim Wschodzie spędziłem kilka miesięcy, nierzadko podążając śladami zakochanych i tym samym poznając niepisane prawa oraz tradycje rządzące miłością w muzułmańskich krajach. Takimi kierują się między innymi rytuały związane z oświadczynami.

„Wszystko zaczęło się od wizyty na kawę, kiedy to mój narzeczony wraz ze swoją mamą odwiedził moją rodzinę, by się przedstawić” – kulisy zaręczyn z rumieńcem na twarzy zdradzała mi panna młoda, koleżanka Margam. Jej mąż po raz pierwszy zobaczył ją na przyjęciu u swojego przyjaciela i poprosił o spotkanie, podczas którego mogliby się bliżej poznać. Cel takich spotkań jest oczywisty – małżeństwo. Podczas kilkumiesięcznych wizyt w towarzystwie rodziny wypito wiele przesłodzonych kaw z kardamonem, by ostatecznie – podczas specjalnie zorganizowanej imprezy – ogłosić zaręczyny. To najpowszechniejszy sposób zbliżania się i poznawania jeszcze przed ślubem. Jednak nie wszyscy mają tyle szczęścia w dokonywaniu wyboru.

Jeśli mężczyzna wywodzi się z jednego z kilku najważniejszych klanów na Bliskim Wschodzie, to czy tego chce, czy nie, musi ożenić się ze swoją kuzynką. Z którą? O tym decyduje rodzina, zaraz po narodzinach dzieci. Problem w tym, jak to ujął pewien, pochodzący z klanu al-Heety, Irakijczyk o fizjonomii i usposobieniu buddy, że pocałunek z kuzynką można co najwyżej przyrównać do całowania nieboszczyka. Inaczej radzili sobie mężczyźni z okręgu Jazeera, którzy nie marnowali czasu na pytanie rodziny swojej wybranki o pozwolenie na ślub. Prawdziwi faceci z pustyni po prostu porywali dziewczyny i odwozili do wioski dopiero wtedy, gdy te były w widocznej ciąży. To gwarantowało im zgodę na ślub. „Porwania były powszechne i społecznie akceptowane aż do końca lat 60.” – zapewniał mnie Abdul Karim Madżdal al-Beik, chudy, brodaty artysta, pochodzący z małego miasteczka w południowej Jordanii. „Mój dziadek porwał moją babcię i choć od tamtego czasu wiele się zmieniło, to nigdy nie przestał powtarzać swoim synom, że jeśli chcą uważać się za prawdziwych mężczyzn, to także powinni porwać swoje panny młode”.

Wiele się w świecie arabskim zmienia, ale nadal zdarza się, że małżonkowie widzą się po raz pierwszy dopiero w dniu ślubu. Tak swoją żonę poznał Abu Rejjad, właściciel jednej z restauracji w starej części Damaszku. Jego rodzina od wieków zamieszkuje stolicę Syrii. On sam miasto zna jak własną kieszeń. Kobietę swojego życia poznał chwilę przed wypowiedzeniem tego najważniejszego „tak”.  Żonę wybrała mu mama, chadzając co tydzień do hammamu (arabskiej łaźni). To najlepszy sposób, by zobaczyć przyszłą synową w pełnej okazałości – bez makijażu i możliwości stosowania trików mających ukryć niedoskonałości ciała. Gdy już ta jedna jedyna zostanie wybrana, matka pana młodego wraz z kobietami z sąsiedztwa odwiedzają mamę dziewczyny i w imieniu chłopaka proszą o jej rękę. Jeśli propozycja zostanie przyjęta, negocjacje wspinają się na kolejny poziom – ustalane są „naed”, czyli suma pieniędzy, którą jeszcze przed ślubem otrzyma panna młoda oraz „dżihaz” – ilość i rodzaje garderoby jaką dostanie.

Przeznaczona sobie para nadal nie ma o sobie nawzajem pojęcia. Poznają się podczas ślubu cywilnego kilka tygodni lub nawet miesięcy przed oficjalnym przyjęciem weselnym. W tym czasie małżonkowie mogą się zacząć spotykać, ale o „dakhle” czyli o skonsumowaniu związku nie ma mowy. Pierwszą wspólną noc spędzą po weselu, podczas którego jedna z pieśni ma niezbyt skomplikowany, ale jakże wymowny tekst: „Boże, pomóż pannie młodej w noc poślubną. Boże, pomóż pannie młodej!”.

Małżeństwo w świecie arabskim, to nie zabawa dla dwojga. To coś znacznie poważniejszego, to połączenie dwóch rodzin, dwóch społeczności, a to wymaga od małżonków wielu poświęceń i obarcza ich ogromną odpowiedzialnością, której często młodzi ludzie nie są w stanie udźwignąć. No, chyba że ślub – ostatnio w takiej formie bardzo popularny – bierze się na kilka godzin, skupiając całą swoją energię na „nocy poślubnej” i unikając w ten sposób społecznej banicji. Prostytucja i seks pozamałżeński są przecież w świecie islamu zabronione. Ale już do tak zwanego „małżeństwa dla przyjemności” trudno się przyczepić.