O paszport trzeba było poprosić… milicję – wywiad z byłym prezesem LOT-u

Wybór miejsca, momentu i środka transportu jest elementem wolności jednostki. A my nie byliśmy wolni, więc nie mogliśmy zwiedzać świata
– opowiada Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u.

– Kto w latach osiemdziesiątych latał samolotami?

reklama

-To były dwie kategorie. Polacy z paszportem, którzy mieli możliwość podróżowania w obie strony, bo posiadali wizę pobytową na przykład w Stanach Zjednoczonych. Do takich osób należeli emigranci. Druga kategoria to ludzie uprzywilejowani: przedstawiciele central handlu zagranicznego, nieliczna grupa tak zwanych prywaciarzy oraz partyjni dygnitarze. Lotnictwo – między innymi w USA – przeżywało w latach osiemdziesiątych burzliwy rozwój. My tkwiliśmy w systemie, który z definicji nie pozwalał na podróżowanie poza Polskę. Wyjazd za którąkolwiek granicę był ogromnym wydarzeniem, a co dopiero wylot. Podroż samolotem należała do niebywałego luksusu. Zwykły Kowalski nie miał do niej dostępu.

– A ci, co zdobyli pieniądze, musieli jeszcze zdobyć bilet… Scena z filmu „Miś”, w której główny bohater przynosi kiełbasę krakowską w formie łapówki, doskonale oddaje klimat tamtych czasów.

– Byliśmy uzależnieni od pani z okienka, a ona sama była dosłownie boginią. Procedura latania nie była poddana rynkowi. Pani mogła sprzedać bilet, ale nie musiała. A skoro przy okazji pojawiała się korzyść – dlaczego miała nie skorzystać. Poza tym bilet był niesamowicie drogi. Dziś przelot do Londynu czy Rzymu – jeśli wykupimy z odpowiednim wyprzedzeniem – kosztuje połowę średniej krajowej. W tanich liniach to wydatek rzędu kilkuset złotych. Bywają i loty za złotówkę! Wtedy taki bilet kosztował niemal tyle, co mały fi at. A przelot do USA dwa razy więcej! Proszę sobie wyobrazić, ile trzeba było mieć pieniędzy, by polecieć z całą rodziną…

– Stewardesa była wtedy kimś magicznym, ten zawód był marzeniem większości młodych dziewcząt. Ale ona miała też ważną społeczną funkcję.

– Prestiż tej profesji – podobnie jak pilota – wynikał z kilku rzeczy. Stewardesy miały paszport w domu – inni musieli zwracać je do urzędu. Latały po całym świecie w sposób nieograniczony. To było życie jak z filmu, dla przeciętnych Polaków zupełnie niedostępne, nieznane. Poza tym stewardesa dostawała pensję w dolarach! I jeszcze jedna rzecz – możliwość handlu. Stewardesy przywoziły do kraju złoto, perfumy, kawę, alkohol, ubrania. Wszystko, co było u nas deficytowe. I sprzedawały. Były piękne, zgrabne i zadbane. Zawód był prestiżowy także dlatego, że obsługiwał elitę. Na pokładzie nie zdarzało się wtedy tyle niemiłych incydentów, co teraz.

– Ale pasażerowie palili wtedy papierosy!

– Zupełnie zapomnieliśmy, że pasażerowie dymili! Śmierdząca chmura unosiła się głownie po posiłkach. Dopiero później wydzielono sekcje dla palaczy, aż w końcu zupełnie je zlikwidowano i wprowadzono zakaz palenia. To ogromna cywilizacyjna zmiana. Dziś palacz musi się powstrzymać, nikt sobie nie wyobraża, że mogłoby być inaczej. Bezpowrotnie zmieniła się także kuchnia. W tamtych czasach pasażerowie wracający na przykład z USA od razu wiedzieli, że zbliżają się do Polski. Normą było podawanie pierogów czy bigosu, ich aromat wydostawał się z wielkiego piekarnika. Porcje też były solidne, a nie takie jak dziś – symboliczne. Obecnie nikt nie montuje na pokładzie energochłonnego pieca i nikt nie dopuści, by kuchenne zapachy roznosiły się po samolocie.

Komfort podroży poprawił się także dzięki temu, że dziś w samolotach jest znacznie ciszej, dba się o specjalne dźwiękoszczelne okładziny. Dzięki postępowi technologicznemu latamy o wiele szybciej, więc podroż nie jest tak męcząca. I jeszcze na dodatek umilają nam ją ekrany z filmami czy grami montowane w zagłówkach siedzeń w niektórych maszynach latających na dalekich trasach. Dziś samoloty mają też większy zasięg, nie przesiadamy się tak często. I kiedyś nie było tak zwanych rękawów! Z płyty do terminali zawsze dowoziły autobusy.

– W latach osiemdziesiątych można było wnieść do samolotu scyzoryk i zapalniczkę, a dziś jest afera o pilnik do paznokci.

– Porwania samolotów zdarzały się i wtedy, ale zazwyczaj branie zakładników było podyktowane konkretnym celem. Nikt nie obawiał się, że terroryści mogą uprowadzić samolot, by się w nim zabić, spowodować śmierć pasażerów i w dodatku zniszczyć potężne budynki. Ataki z 11 września 2001 roku zmieniły podejście do bezpieczeństwa podroży. Trzydzieści lat temu nie było ani bramek do wykrywania metalu, ani prześwietlania bagaży, nikt nie kazał nam zdejmować butów przy odprawie i nikt nie pytał, ile płynu wnosimy na pokład. Dziś matki muszą wypić przy celnikach mleko swoich dzieci! Bywa niestety, że kontrole są doprowadzane do absurdu.

– To niesamowite, że nie znaliśmy wtedy zjawiska czarterów.

– Czartery przyszły dopiero z rozwojem biur podroży i masowej turystyki.W latach osiemdziesiątych takie samoloty latały na przykład z Londynu, ale tam trzeba było się jakoś dostać, a to – jak wiemy – graniczyło z cudem. Jedynym biurem podroży, jakie wtedy sprzedawało wycieczki zagraniczne, był Orbis i – podobnie jak LOT – nie podlegał regułom rynku. Czy sprzedał jedną wycieczkę, czy pięć – było mu wszystko jedno. Poza tym wycieczki organizowały wtedy zakłady pracy. Zasłużeni pracownicy mogli się załapać na wczasy w Bułgarii, Jugosławii, na Węgrzech, najczęściej jednak w ośrodkach pracowniczych nad Bałtykiem. Na wakacje dostawało się talon – jak na mieszkanie czy samochód. Wczasy były częścią pakietu wynagrodzeniowego. A skoro tak – po co się starać o wyjazdy do dalekich krajów, płacić niebotyczne sumy…

– …i jeszcze być narażonym na kontakt ze służbami.

– O paszport trzeba było poprosić… milicję. Bez względu na to, jaki był cel podroży – pielgrzymka, sprawy zawodowe lub związane z kierunkiem studiów czy po prostu zwiedzaniem – zdobycie paszportu wiązało się z podpisaniem deklaracji. To był element kontroli państwa i narzędzie szantażu. Służbę bezpieczeństwa trzeba było zapewnić, że po powrocie z Zachodu zdamy jej relację. I jeszcze był celnik, który wtedy mogł wszystko! Wracając z zagranicznej podroży, musieliśmy liczyć się z tym, że przeszuka naszą walizkę i zabierze, co będzie chciał. W oparciu o własne widzimisię konfiskował dobry alkohol czy aparat fotograficzny. Cieszyliśmy się, jeśli cokolwiek zostawiał.

– Czasy, w których jesteśmy turystycznie wolni, a kierunek i luksus podroży zależy tylko od zasobności portfela, trzydzieści lat temu były poza sferą marzeń.

– Wszelkie bariery formalne zniknęły. Samolot jako najszybszy środek podroży stał się dostępny dla ogromnej rzeszy Polaków. Biznesmeni – i nie tylko – latają pomiędzy dużymi miastami, służbowa podroż zagraniczna samolotem jest także na porządku dziennym. Można dostać naprawdę tanie bilety, do których mamy dostęp przez internet. Dzięki sieci możemy znaleźć wycieczkę last minute, za którą zapłacimy niewielkie pieniądze. W obrębie strefy Schengen jeździmy bez paszportu! Wystarczy dowód osobisty, by pojechać do Radomia, i ten sam dokument, by znaleźć się w Lizbonie. To się kiedyś nie mieściło w głowach Polakom.

Fragment książki „Niedziela bez Teleranka” autorstwa Beaty Tadli.

Książka do kupienia w naszej księgarni.