Odkryj Mediolan

123rf.com


Mediolan ro miasto, w którym trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia. Na tle Wenecji, Rzymu, Florencji czy Bolonii wydawać się może nawet nieco bezbarwne.

reklama

Nie ma w nim tej romantycznej atmosfery, która nawet pomniejsze włoskie miasta czyni urokliwymi, leniwymi miejscami. W odróżnieniu od nich Mediolan nie jest leniwy. Stolica Lombardii nie bez powodu jest gospodarczą lokomotywą kraju: tu się pracuje, zarabia i wydaje. To ostatnie to słowo-klucz. Jeśli bowiem coś od wieków łączy Mediolan z resztą Italii – to uwielbienie dla życia na pokaz. Najbogatsze miasto Włoch do perfekcji opanowało sztukę obnoszenia się. Dlatego pod warstwą chłodu można tu odnaleźć prawdziwie ekscytującą metropolię, która zbytek przekształciła w ideologię, a powierzchowność – w religię. Tutejsza katedra ustępuje wielkością Bazylice św. Piotra, ale to na szczycie mediolańskiej świątyni stoi wielka Madonna ze złota.

Zakrystia mody
Upstrzona setkami wieżyczek budowla góruje nad okolicą, która stanowi prawdziwe targowisko próżności. Kilka kroków na lewo znajduje się słynna zabytkowa galeria handlowa, nosząca imię króla Wiktora Emanuela II. Mimo nazwy w środku patriotyzm musi stawić czoła globalizacji, ponieważ naprzeciw siebie w najbardziej eksponowanym miejscu stają do boju o klienta dwie marki o różnych rodowodach i przeciwstawnej filozofii – miejscowa duma Prada i światowy lider dóbr luksusowych Louis Vuitton. Parę kroków dalej można usiąść w jedynym na świecie sklepie Gucci, który mieści również kawiarnię. Ponieważ jednak nie każdego dnia mamy ochotę na piankę cappuccino obsypaną czekoladą układającą się w logo znane z torebki, możemy zasiąść w nieco absurdalnym w tych okolicznościach McDonaldzie.

Mniej demokracji – lecz wciąż trochę – znajdziemy w położonym 200 m dalej domu towarowym La Rinascente, w którym najbardziej prestiżowe marki (kolejny Vuitton, kolejny Gucci!) sąsiadują z tymi uważanymi tutaj za całkowicie przeciętne. Jeśli chcemy na dobre uciec od tych ostatnich i zatopić się w czystym luksusie, od razu kierujmy się w stronę via Monte Napoleone.

Oś zła
Nie ma drugiej takiej ulicy na świecie. Montenapo, jak czule nazywają ją miejscowi, stanowi główny trakt tzw. kwartału mody, który obejmuje kilka ciasnych uliczek dookoła. Okno w okno sąsiadują tu wystawami najpotężniejsze marki, sam chodnik jest już swego rodzaju wystawą. Pokazać się tu przynajmniej kilka razy w roku należy do dobrego tonu nie tylko wśród mieszkańców miasta, ale także wśród międzynarodowych sław. Piłkarze AC Milan parkujący swoimi lamborghini nikogo tu nie dziwią i dopiero krótkotrwały transfer Beckhamów kilka sezonów temu zdołał wywołać nieco większe poruszenie. Victoria nigdy nie ukrywała, że ubrania Dolce &Gabbany woli kupować u nich osobiście, a nie jest jedyną gwiazdą, która upodobała sobie wizyty w tutejszych butikach.

Duet D&G, Giorgio Armani, Donatella Versace – oni wiedzieli, jak oprzeć biznes na osobistych relacjach z celebrytami i przyciągnąć fanów krawiectwa z najwyższej półki. Znacznie więcej tego ostatniego znajdziemy jednak dookoła, w około setce sklepów oferujących towary mniej krzykliwe niż wspomniana trójka. Listę marek obecnych w okolicy czyta się jak książkę adresową w telefonie naczelnej „Vogue’a”. I to włoskiego „Vogue’a”, który pod kierownictwem Franki Sozzani zasłużył sobie na miano najbardziej prowokującego wydania na świecie. Kwartał mody daje jasną odpowiedź, dlaczego Sozzani może poszaleć. Włoska moda, od zawsze miotająca się między chłodnym intelektualizmem Miuccii Prady a pornoszykiem Gucciego i Versace, znajduje tu swoją najpełniejszą reprezentację.

Poszukiwanie wspólnego mianownika jest zadaniem skazanym na porażkę, nie pozostaje więc nic poza radością z zatopienia się w niezliczonych opcjach. Arystokratyczna BottegaVeneta i radosne Moschino, architektoniczny Ferré i wzorzyste Missoni, bezwstydny Cavalli i praktyczne Aspesi, rzymskie Fendi i florencki Ferragamo: wszystkie te nazwy składają się na potęgę mody made in Italy, która jak na razie nieźle radzi sobie z konkurencją z zewnątrz. Ta zaś rozpycha się w okolicy jak umie, wysyłając przedstawicieli wagi ciężkiej, takich jak Chanel, Dior, Hermes i McQueen.

Małe porcje, wiele razy
Trudno się nie zmęczyć w mieście, w którym albo się biega po sklepach, albo stoi w kolejce do „Ostatniej wieczerzy”. Cokolwiek byśmy robili, na pewno zgłodniejemy. Oczywiście, możemy zjeść kolację jak zwykli ludzie (oraz postaci z fresku). Żeby jednak wgryźć się w mediolański styl życia, wyjdźmy na aperitivo. Nazwa, która wszędzie indziej oznacza przedobiedniego drinka, tutaj jest synonimem rytuału.

Aperitivo, nazywane także happy hour, to wieczorny posiłek, który wiele knajp serwuje w określonych godzinach w formie otwartego bufetu. Zasada jest prosta: zamawiamy drinka, możemy się częstować. Ponieważ zaś wszystkie koktajle mają zazwyczaj jedną cenę – zamawiamy te najbardziej wymyślne. Daiquiri frozen z sezonowymi owocami dla delikatnych, wytrawne negroni dla wyrafinowanych, Long Island dla mocnych. Najważniejszym aspektem aperitivo nie są jednak ani posiłek, ani drinki, lecz to samo, co dyktowało rytm ulicy: chęć patrzenia i bycia widzianym. To najlepsza okazja, by spotkać przyjaciół, pochwalić się nowymi nabytkami i poplotkować o tłoczących się wokół pięknościach.

To ostatnie będzie tym bardziej prawdopodobne, jeśli wybierzemy któreś z miejsc sygnowanych przez luksusowe marki: wytworny bar w hotelu Bulgari lub kapiące od złota Dolce &Gabbana Gold (którzy konkurują w tej kategorii sami ze sobą, gdyż prowadzą jeszcze Martini Bar at Dolce &Gabbana). Niezmiennie modne pozostają okolice parku Sempione z lokalami Deseo czy Bhangrabar. Jeśli zaś traktujemy aperitivo jako wstęp do nocnych hulanek, powinniśmy udać się w okolice Corso Como, najlepiej do słynnego conceptstore’u pod numerem 10, założonego przez siostrę wspomnianej już Franki Sozzani. Sklep z designem z najwyższej półki płynnie łączy się tu z wyjątkowo snobistyczną happy hour.

Kilka numerów dalej działa zagłębie klubowe z najgłośniejszym Hollywood na czele. Nie spodziewajmy się tu dobrej muzyki – tutejsza widownia woli ryk ferrari. Kluby z Corso Como to jednak nic przy Armani Privé, pełniącym funkcję klubowego VIP-roomu w podziemiach Nobu, już i tak ekskluzywnej restauracji znajdującej się w głównej siedzibie Armaniego przy via Manzoni. Dostać się tam mogą tylko klienci restauracji oraz posiadacze kart, których wydano tylko 200. Jeśli w mieście bawi się Beyoncé albo inna twarz koncernu, to tutaj.

Quando, quando, quando…
Mediolański tydzień mody zwyczajowo jest trzecim w kalendarzu i przypada po prezentacjach w Nowym Jorku i Londynie oraz bezpośrednio przed Paryżem. Taki układ od zawsze wyzwalał animozje i za każdym razem staje się okazją do licytacji, w której stawką jest palma pierwszeństwa i miliardy euro ze światowych rynków. Na początku ubiegłej dekady hierarchia była prosta: lansowany przez Toma Forda agresywny erotyzm nie tylko uratował dom Gucci, ale wręcz uczynił Mediolan punktem odniesienia dla całego świata. Londyn się znudził, Ameryka była zajęta sobą, a Paryż błagał, by Gucci z Fordem na czele przejął francuskie dobro narodowe – Yves’a Saint Laurenta.

Dziś sytuacja jest dużo bardziej niestabilna: Ford odszedł, by nakręcić w Stanach „Samotnego mężczyznę” i tam rozwijać swoją własną markę. W świecie mody doszło do przetasowań, które spotęgował kryzys gospodarczy. Mediolan ze swoim uwielbieniem dla przepychu musiał stawić czoła depresji, którą pogłębił brak dopływu młodych talentów i trudności z płynnością finansową. Wielkim echem odbiła się zeszłoroczna decyzja Anny Wintour, naczelnej amerykańskiego „Vogue’a”, by ograniczyć wizytę na tutejszym tygodniu mody do trzech dni.

Wydaje się jednak, że po kilku chudych latach filozofia bogactwa powróci w wielkim stylu. Zwiastunem zmian jest kreatywne odrodzenie najbardziej zakurzonej z wielkich marek. Versace, które do kierowania młodszą linią Versus zatrudniło londyńskie objawienie, Christophera Kane’a, późną jesienią trafi pod strzechy dzięki linii zaprojektowanej przez Donatellę dla H&M. Wygląda na to, że w tym roku trudno będzie odpuścić Milano.

Tekst ukazał się w magazynie C&C (numer 3/2011)

Tekst ukazał się w magazynie C&C (numer 3/2011)