Stari Grad – mały raj na wyspie Hvar

Kolejny przystanek w naszej (mojej i mojego chłopaka) podróży po Chorwacji.
Wczesnym rankiem złapaliśmy katamaran z Korculi do Hvaru. Jako że poprzedni wieczór spędziliśmy na koncercie lokalnej korculańskiej orkiestry i spaliśmy tyko 4 godziny, całą podróż przespaliśmy, a gdy kazali nam już wysiadać ze statku, ospale i z pewnym oporem wyczłapaliśmy się na ląd.

reklama

Otoczyli nas zewsząd lokalni właściciele miejsc noclegowych, podsuwając teczki ze zdjęciami apartamentów. Całe szczęście, że mieliśmy umówionego coucha. Wymknęliśmy się cichaczem z łapanki i ruszyliśmy pozwiedzać Hvar. Po kilku godzinach włóczenia się, zwiedzania, dźwigania plecaków, krótkiego wylegiwania się na kamieniach i „moczenia” w morzu stwierdziliśmy, że czas ruszać dalej. Wsiedliśmy do autobusu, który przeteleportował się na krętą górską drogę. Frajdy mieliśmy co niemiara, a i widoki były piękne.

Dojechaliśmy. Wysiadamy z autobusu. Pusto? Nikt nie czeka na turystów? Coraz bardziej mi się podoba:) Z naszym couchem mieliśmy spotkać się za kilka godzin, toteż ruszyliśmy poznać mieścinę od środka. Wąskie uliczki. Małe domki. Jeden przyklejony do drugiego. Pusto. Wszystkie domki z jasnego kamienia… wyglądają tak samo. Pierwsze kółko. Drugie kółko. W końcu dotarliśmy do zatoki. Zaczęli pojawiać się ludzie. Ale nadal w powietrzu było czuć, że to miejsce różni się od innych.

Usiedliśmy w knajpce, która nazywała się „U Marco” i mieściła przy starym porcie. W budynku naprzeciwko pan w podeszłym wieku naprawiał zepsute sieci – widok żywcem wyciągnięty ze starej pocztówki. Obok nas przy stoliku siedział właściciel, popijał kawę i zagadywał klientów, którzy wpadali na małe espresso i szybko uciekali. Na poskromienie głodu zamówiliśmy pizzę z owocami morza, lokalne piwo i słodkie wino o nazwie „Proszek” (które, wbrew temu na co wskazuje nazwa, nie jest robione z proszku).

Nazwę „pizza frutti di Mare” kucharz potraktował zbyt dosłownie i przed nami na stole wylądowało ciasto przykryte muszlami, małżami i rakami. A to wszystko za jedyne 45 kun. Jedzenie w Chorwacji – trzeba przyznać – jest drogie. Porządny obiad można zjeść za 100 kun na osobę, czyli jakieś 60 zł – jeżeli mowa o owocach morza, które po prostu w Chorwacji trzeba spróbować. Gdy nastawiamy się na coś tańszego, najlepiej poszukać knajpki w bocznej uliczce, gdzie z łatwością wyżywimy się za 30-40 kun.

W kuchni chorwackiej dominują owoce morza (małże, kalmary, ostrygi itd.,itp.), ale ze względu na położenie geograficzne pełno w niej naleciałości z kuchni włoskiej.

Poza tym Chorwaci uwielbiają swoje wino i rakiję. Jako że prawie każdy Chorwat posiadający winnicę, produkuje własne domowe wino, wystarczy poszukać tabliczek wywieszonych na płotach lub popytać mieszkańców, którzy zaprowadzą nas albo do siebie, albo do sąsiada, gdzie będziemy mogli zaopatrzyć się w kilka butelek. Zasiedzieliśmy się trochę, ponieważ w międzyczasie rozgadaliśmy się z Chorwatem, który – jak się okazało – pracował kiedyś w Polsce.

Z knajpki udaliśmy się na spotkanie z naszym couchem – Amerykanką Annie, która kilka lat temu kupiła dom we wsi Dol pod Starim Gradem. Gdy tam dojechaliśmy, stwierdziliśmy, że bez dwóch zdań jest to raj na ziemi. Sam fakt, że Stari Grad na kilometr pachnie historią (mimo że już trochę skolonizowane przez turystów), Dol jest miejscem, które dawno temu zawisło w czasoprzestrzeni i trwa w tym stanie do dziś.

Historia zarówno Dolu, jaki i Starego Gradu sprawia, że jest to okolica magiczna. 300 lat p.n.e. Grecy z wyspy Parosa na Morzu Egejskim założyli miasto na wyspie Hvar, które nazwali Faros. Zbudowali je w miejscu, gdzie głęboki morski zalew przechodzi w urodzajne ziemie, które już od tamtych czasów obsadzane były winoroślami i drzewami oliwnymi. Obecnie ziemie te znajdują się pod patronatem UNESCO. Przez wieki przez to miejsce przewijały się różne narody i kultury. Każda z nich zostawiła w tym miejscu swój ślad. Wystarczy przejść się po wąskich uliczkach, aby odkryć różnorodność tego miejsca. Greckie amfory w Muzeum Starego Gradu, chrześcijańskie kościółki (m.in. wczesnochrześcijański kościół św. Ivana z XII wieku, kościół św. Rocha z 1569 r., barokowy kościół parafialny św. Stefana z 1605 r.), klasztor Dominikanów z 1482 r., barokowy rynek czy budynki z czasów Austro – Węgier, które znajdują się po południowej stronie zatoki.

Z zabytków wartych zobaczenia trzeba wymienić pałac poety Hektorovicia z 1520 r., gdzie znajduje się staw z rybami i piękny ogród. Od czasu do czasu mają tam miejsce kameralne koncerty. Po stawie rybnym pływa łódka z artystą na pokładzie, a widzowie rozsadzeni dookoła sadzawki oglądają występ.

Drugiego dnia naszego pobytu w Starim Gradzie Annie zabrała nas do swojej znajomej artystki – Marinki. Przesiedzieliśmy tam pół dnia, rozprawiając na tematy dotyczące kapitalizmu, konsumpcjonizmu, globalizacji, filozofii minimalizmu i wielu, wielu innych rzeczy. Marinka, z pochodzenia Słowenka, opowiadała o tym, jak w Dolu odnalazła wewnętrzny spokój i warunki do tworzenia sztuki.

Okazało się również, że większość kobiet mieszkających w Dolu, ale pewnie też w Starim Gradzie jest nietutejsza. Mężczyźni, którzy uprawiają ziemię z dziada pradziada, zostają najczęściej na swoich włościach i szukają żon z innej części wyspy, a czasem nawet z innego kraju. Wynika to z niepisanej zasady, że żony należy szukać co najmniej trzy wsie dalej.

Następnie wybraliśmy się do innego znajomego artysty Annie – Zorana, zafascynowanego fantastyką twórcy biżuterii artystycznej oraz … potworów. Zarówno jedno, jak i drugie wykonuje z kamieni, drewna, kości, sierści zwierząt, przy czym rezultat jest niesamowity (efekty pracy Zorana można zobaczyć na http://fantazam.com/). Później okazało się również, że Annie także ma duszę artystki i robi miski z papieru i torby z plastikowych jednorazówek. To miejsce okazuje się być nie tylko rajem dla turystów, ale również dla artystów!

Jeżeli chcemy szybko i sprawnie zwiedzić okolicę to najlepiej na rowerach. Pożyczyliśmy od Annie dwa „górale” i zrobiliśmy objazdówkę po Starim Gradzie, gubiąc się w uliczkach, co chwila zatrzymując się, aby zrobić zdjęcie. Natomiast wieczorem razem z Annie udawaliśmy się na jej ulubione plaże, aby wykąpać się przy zachodzie słońca.

Ze Starego Gradu warto wybrać się na wycieczkę rowerem do Vrboski i potem wzdłuż morza do Jelfy. Pod koniec czerwca w pobliskiej miejscowości Grablje odbywa się festiwal lawendy, gdzie zjeżdżają się mieszkańcy z całego Hvaru, którzy produkują lawendowe rozmaitości, takie jak: olejki, kosmetyki czy lawendowe sole do kąpieli. W końcu Hvar znany jest jako najbardziej lawendowa z dalmatyńskich wysp. Tutaj lawendę dodaje się nawet do tarty owocowej, która pachnie i smakuje niesamowicie!

Nasz pobyt na wyspie dobiegał końca i mieliśmy ruszać na chorwacki ląd. Do Starego Gradu bardzo łatwo dostać się ze Splitu. Promy kursują nawet kilka razy dziennie, a podróż trwa 1,5 godziny. Port nie znajduje się jednak blisko centrum, tylko jest oddalony 2 km od miasta i trzeba do niego dojechać lub dojść (jak kto lubi).

Annie obiecała odwieźć nas na prom. Po drodze wstąpiliśmy do jej gaju oliwnego, gdzie również rosła lawenda i różne zioła. Dostałam bukiet lawendy, która dziś stoi w wazonie i swoim zapachem przypomina mi to niesamowite miejsce na Ziemi.