W drodze do Dakaru

Olga Pietkiewicz / Dzieci spotkane w drodze do Dakaru

Czas jest elastyczny jak guma. Słowa takie jak za chwilę, zaraz, potem, mogą znaczyć za chwilę lub dużo później, lub tak naprawdę nigdy. Czas jest zabawką białych. Czas jest tu niepotrzebny.
Godzinę temu Nahil powiedział, że zaraz będzie. Miał tylko wziąć mundur i przywitać się z mamą. Codziennie odwiedza ją przed pracą. Siedzimy w samochodzie wynajętym w porcie. Mogłybyśmy już dawno wrócić, ale cierpliwie czekamy. Obiecałyśmy, że wytłumaczymy jego szefowi, dlaczego Nahil spóźnił się do pracy.

reklama

Wyjechałyśmy wcześnie rano. Umówiony kierowca nie stawił się pod hotel i musiałyśmy same dostać się do portu. Dopiero potem zaczęłyśmy się zastanawiać, czy nie powinno to było dać nam do myślenia. Ale teraz nie. Teraz było rano, rześko. Jechałyśmy brzegiem delty rzeki Gambia przyglądając się smutnym wrakom statków, tkwiącym bezsensownie na mieliznach. Porzucone same sobie rdzewiały w równikowym upale i wilgoci.

Szukałyśmy innego samochodu i innego kierowcy, który zgodziłby się pojechać z nami na północ. To tylko 200 kilometrów. Trzy, może cztery godziny drogi. Ktoś poradził, żebyśmy przepłynęły na drugą stronę delty i tam poszukały chętnych. Na pewno, na pewno, tam nie będzie z tym żadnego problemu, mówili.

Gambia jest malutkim krajem, rozciągającym się po obu stronach rzeki Gambia i wciśniętym pomiędzy północny i południowy Senegal. Znana najbardziej z produkcji orzeszków ziemnych, jest przepięknym miejscem osadzonym na zachodnim brzegu afrykańskiego kontynentu.

Plaże są opustoszałe. Dziewicze niemal, bo turyści prawie nigdy nie opuszczają resortów. Boją się. Komarów, ludzi, natury. Jest niebezpiecznie, mówią z przekonaniem niemieccy przewodnicy i wielu ludzi chętnie im wierzy. Wszystko, co inne, jest przecież niebezpieczne. A plaże w stolicy Bandżul są przepiękne. Szerokie, piaszczyste, okolone bujnym murem zieleni. W porze deszczowej, tak, jak teraz, woda spływająca z głębi lądu wlewa się pomarańczowymi strugami do oceanu. Czasem widać rybaków zarzucających swoje sieci. Czasem stado pomarańczowych, afrykańskich krów. Czasem malutką, drewnianą restauracyjkę. Ani jednego turysty. Żadnych leżaków, ręczników, sprzedawców lodów. Cisza, piękno i natura.

Z orzeszków ziemnych, sto przepisów. Ryby w sosie z orzeszków ziemnych, mięsa w sosie z orzeszków ziemnych. Zupy i desery. Zapisałam sobie gdzieś na karteczce przepis, który podyktował mi kucharz w jednej z restauracji. Mielę potem dokładnie orzeszki w domu, ugniatam w moździerzu. Mieszam, smażę i wlewam tak, jak powiedział, ale to nie to samo. To nigdy nie jest to samo.

Kiedy stoimy w porcie i czekamy na prom, podchodzi do nas młody chłopak. Mówi, że nazywa się Nahil. Proponuje, że się nami zaopiekuje. Mimo, że jest tutejszy, sam wygląda bardziej żałośnie niż my dwie razem wzięte. Może właśnie dlatego, a może po prostu dlatego, że tak miało być, mówimy mu w końcu, – Dobrze, jedź z nami. Pomóż nam. Nie chce od nas żadnych pieniędzy. Mówi, że pracuje jako ochroniarz i że zna się na rzeczy.

Po godzinie negocjacji pod komisariatem policji – policjanci pilnują, żeby cena nie była astronomiczna – mamy samochód i kierowcę. Jedziemy na północ, w kierunku Dakaru, tak jak chciałyśmy. Tyle, że jedziemy z prędkością 10, może 15 kilometrów na godzinę. W autostradzie, którą z asfaltową drogą nie łączy nic prócz nazwy, dziury na pół metra. Jedna obok drugiej. Ubity pas pomarańczowej, gliniastej ziemi marszczy się i fałduje jak okiem sięgnąć. W samochodzie nikt nic nie mówi. Tylko pasażer, zabrany spod komisariatu, żeby było taniej, zdaje się świetnie bawić.

Planowałyśmy podróż parę dni wcześniej. Miałyśmy w ciągu jednego dnia przejechać 200 kilometrów i wrócić. Nie wydawało się to nam dużo. Tyle, że nikt nie chciał jechać, a potem kierowca, który się w końcu zgodził, nie pojawił się o umówionym czasie. Tak więc teraz mkniemy pomarańczową autostradą w kierunku Dakaru przypadkowym samochodem wynajętym w porcie. W linii prostej 200 kilometrów, może mniej. Co możemy zrozumieć z tego kraju jadąc w ten sposób, 20 kilometrów na godzinę?

Najbardziej niebezpieczne szczepy malarii, seks turystyka, dzieci wyciągające ręce do białych, nauczone, że ci zawsze dają cukierki. Ludzie zawsze mili, ciepli, gościnni.