Wśród bezkresnych stepów Mongolii

Gdzie nie spojrzeć, otwarta przestrzeń. Step rozpościera się po bezkres horyzontu. Tu i ówdzie ubarwiają go lustra jezior, wstęgi rzek i białe perły jurt. Na północy krajobraz tworzą zielone i rozkwiecone latem łąki, im dalej na południe – step stopniowo się wyjaławia, by wreszcie przejść w wysuszoną słońcem pustynię.

reklama

„Szczęściem człowieka jest szeroki step”

Asfaltowych dróg w całej pięć razy większej od Polski Mongolii jest zaledwie dwa tysiące kilometrów. Przemieszczać trzeba się tutaj jeepem lub rosyjskim UAZ-em, najlepiej z obeznanym ze stepem kierowcą. Tak samo jak dróg, brak i drogowskazów, a w ciągnącym się setkami kilometrów pustkowiu trudno o punkty charakterystyczne pozwalające na orientację w terenie. Mogłyby nimi być jedynie ovo – stosy usypywane z kamieni bądź układane z gałęzi dla uczczenia duchów natury. Stawianie ovo to tradycja zakorzeniona w praktykowanym tu niegdyś szamanizmie. Dla pozyskania przychylności bóstw, należy stos okrążyć trzykrotnie i dorzucić nań kamień, chorągiewkę lub tugrika (mongolska waluta). Kierowcy, mijając ovo, trzykrotnie trąbią.

Dla chcących unikać obijania się o ściany samochodu na licznych wertepach, dobrym rozwiązaniem jest jazda konna. Przestrzeń wręcz wzywa do takiej formy podróży. Pędzący na koniach jeźdźcy wpisują się jako stały element w stepowe pejzaże. Mongolia to w końcu kraina wierzchowców. Jest ich więcej niż ludzi. W jednym z rezerwatów przyrody, Chutsajn Nuuru, zobaczyć można tachi, czyli konie Przewalskiego, ostatnie z dziko żyjących. Wolno chodzące stada koni hodowlanych napotkać można wszędzie. Łatwo też wypatrzyć przesiadujące na trawach orły stepowe, brodzące w jeziorach żurawie i przemykające przez półpustynny step gazele. A kto będzie miał wielkie szczęście, ma szansę spotkać w regionie Gobi lub w górach Ałtaju śnieżną panterę.

„Pył rodzinnej ziemi jest droższy od złota obczyzny.”

Podróż przez Mongolię zwykle ma swój początek w Ułan Bator, gdzie znajduje się jeden z przystanków kolei transsyberyjskiej. Stąd można zobaczyć koło zasłużenie określanie „złotą pętlą”. Pierwszym z jej punktów jest, nazywane „małym Bajkałem” i błękitną perłą Mongolii”, jezioro Khovsgol. To piękne, otoczone górami, krystalicznie czyste jezioro obfitością ryb przyciąga wędkarzy. To też doskonałe miejsce na konne i piesze wycieczki przez góry. Latem jest atrakcyjne z jeszcze jednego powodu. Spotykamy wtedy zamieszkujących okoliczne góry Caatanów – nieliczne już dziś plemię hodowców reniferów i szamanów.

Udając się z położonego na północy regionu Khovsgol w głąb kraju, warto zatrzymać się nad Wielkim Białym Jeziorem. W pobliżu wypiętrza się wulkan Khorgo, z którego szczytu, pośród malowniczego krajobrazu dojrzeć można osławioną przez film Jaskinię Żółtego Psa. Złota pętla prowadzi nas stąd ku sercu Mongolii. Tu znajduje się dawna stolica imperium, Karakorum. Po wielkim mieście, które powstało w miejscu ważnej bazy wojskowej Czyngis Chana, ostały się do dziś jedynie dwa z czterech kamiennych żółwi strzegących murów stolicy. Z kamieni tworzących zabudowania miasta wybudowano buddyjski klasztor Erdene Dzuu, jeden z najpiękniejszych w kraju. Dalej na południe zaczyna się region Gobi. Tu wdrapać się można na jedne z największych wydm świata, Khongorym Els – wydmy śpiewające. Jest też okazja do kilkudniowej wycieczki przez piaski pustyni na grzbiecie dwugarbnego wielbłąda. Zajrzeć warto także do Jolym Am – Kanionu Sępów. W skalistych ścianach kanionu wypatrzyć można owca argali i gniazda sępów i orłów, a na dnie – mimo iż wciąż jesteśmy w jednym z najgorętszych regionów globu – napotkamy połacie wiecznego lodu. Wśród półpustynnych stepów znajduje się także miejsce wykopalisk paleontologicznych – Bayan – Zag. Tutejsze formacje skalne nazywane są Płonącymi Klifami, jako że w świetle zachodzącego słońca przywdziewają ogniste barwy. Każdy może zabawić się w paleontologa – spostrzegawcze oko odnajdzie wtopione w skałę klifów kości i jaja prehistorycznych gadów. Jadąc stąd na północ, z powrotem ku stolicy, niedopatrzeniem byłoby ominąć miejsce nazywane Białą Stupą. Uwaga na nazwę – jest bardzo zwodnicza. Wbrew oczekiwaniom nie napotkamy tu budowli sakralnej, lecz tęczowo wymalowane piaskowe skały.

Zataczając złotą pętlę, odkrywać można też skarby i innych parków narodowych, jak choćby wpisanej w dziedzictwo Unesco doliny rzeki Orkhon czy parku Terejl. Wart odwiedzenia jest też zachodni kraniec Mongolii, dokąd najsprawniej dotrzemy samolotem z Ułan Bator. Ta kraina jezior i Ałtaju Wysokiego słynie z tradycji gardłowego śpiewu khomii i urządzanych tu do dziś polowań z orłami. Bogactwo, dla którego warto odwiedzić Mongolię, to nie tylko wprawiające w zachwyt krajobrazy i rodzące uczucie wolności przestrzenie. To dużo więcej. To żywe do dziś tradycje mieszkańców stepu.

„Chociaż dziurawy, ale przecież mój ger; chociaż rozczochrana, ale przecież moja żona.”

„Yurt? No, no yurt! Ger!” Mongołowie się, gdy ktoś nazywa ich domy jurtami. Ger w języku mongolskim oznacza po prostu dom. Okrągłe namioty gerów rozrzucone są po całym mongolskim stepie. Kolejne auły, na które składa się kilka namiotów zwykle należących do jednej rodziny, dzieli od siebie kilka do kilkunastu kilometrów. By pożyczyć coś od sąsiada, trzeba wsiąść na konia lub na motocykl.

Nomadzi przeprowadzają się nawet do cztery razy w roku. Przebywają z całym dobytkiem dwadzieścia-czterdzieści kilometrów w poszukiwaniu nowych pastwisk dla swoich zwierząt. Postawienie domu na nowo zajmuje nie więcej niż trzy godziny.

Wnętrze geru tworzy jedno pomieszczenie służące jednocześnie za sypialnię, pokój dzienny, kuchnię i łazienkę. To mieszkanie jednopokoleniowej rodziny. Wyposażenie domu jest skromne. Rodzice śpią na ustawionych wzdłuż ściany łóżkach, dzieci często na posłaniu na klepisku. Gdyby nie umieszczone w obejściu baterie słoneczne i stojący w środku telewizor, widzielibyśmy dom nomadów dokładnie takim, jakim był sto i dwieście lat temu.

W ciągu dnia ger zapełnia się gośćmi z sąsiednich domów z sąsiednich domów i „sąsiednich” aułów. Jeśli ktoś potrzebuje chwil samotności, znajdzie je w stepie. Zgodnie z tradycją w gerze trzeba przestrzegać specjalnej etykiety. Wchodząc, nie wolno nastąpić na próg, poruszać się należy zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, nie można siadać plecami do ołtarzyka… Nomadzi wyrozumiale przymykają oko, gdy nie przestrzegają tych zasad turyści, jednak przez szacunek dla ich tradycji warto poznać zasady przed przestąpieniem progu domu.

„Ten, kto ma przyjaciół jest jak step rozległy, kto ich nie ma – jest jak dłoń mały.”

Do geru wchodzi się bez pukania. Niezależnie od pory dnia gospodarz zawsze przywita gościa podając mu miseczkę airagu (kumysu czyli alkoholu ze sfermentowanego mleka wielbłąda lub klaczy) lub sute czaj (herbaty z mlekiem i solą). Dopiero gdy gość się napije i skosztuje poczęstunku, gospodarz zapyta o to skąd jest i o cel wizyty. Rozmowom musi towarzyszyć posiłek. Najczęściej są to domowej produkcji sery i chleb lub ciasteczka, wypiekane w stojącym w gerze piecyku, cuiwan (makaron podsmażony z jarzynami i kawałkami baraniny), chuszury (smażone pierogi z mięsnym nadzieniem) lub buzze (pierogi z mięsnym farszem gotowane na parze). Nomadów żywią przede wszystkim ich stada – dostarczają mięsa i mleka, z którego w każdym domu wyrabia się sery i jogurty.

Gdy przybysza zastanie w gościnie wieczór, dostanie zaproszenie do pozostania na noc. Gospodarze odstąpią mu swoje łóżko, a sami ułożą się do snu na podłodze.

By odwdzięczyć się za gościnność, dobrze zostawić na pożegnanie jakiś podarek. Można rodzinie zrobić zdjęcie, by później wysłać je gospodarzom pocztą – z pewnością znajdzie swoje miejsce w gablocie stojącej przy ołtarzyku. Dzieci będą zachwycone balonikami. Jeśli w rodzinie jest niemowlę, można położyć przy nim pieniądze. Uwaga jednak, by go nie fotografować! Zrobienia zdjęcia dziecku młodszemu niż roczek ściąga na niego złe duchy.

Zanim gość odejdzie, gospodarz skropi świeżym mlekiem kierunek, w którym się udaje, a jeśli przybył na koniu, także i głowę zwierzęcia. Wyprasza w ten sposób dla niego u duchów błogosławieństwo na dalszą szczęśliwą podróż.

„W sercu mężczyzny osiodłany koń.”

Koń jest najlepszym przyjacielem Mongoła. Jak za czasów Czyngis Chana, tak dziś trafnym jest powiedzenie, że Mongołowie rodzą się w siodle. Już pięcioletnie dzieci startują w wyścigach konnych. Wyścigi, obok zapasów i łucznictwa, są jedną z głównych dyscyplin narodowych. Ich świętem jest Naadam. 11 lipca cały kraj bawi się, urządzając widowiskowe zawody – warto tu wtedy być.

Koń to też najważniejszy towarzysz pasterzy przeganiających przez step liczne trzody kóz i owiec. Gdziekolwiek się udamy, możemy być pewni, że będziemy mogli wynająć konie na dłuższą lub krótką wycieczkę. Mongolskie zwierzęta są niższe od europejskich wierzchowców i łatwe w prowadzeniu. Lekcja jazdy konnej instruowana przez mongolskiego przewodnika trwa zwykle pięć minut i dla opanowania umiejętności, jak się okazuje, wystarcza. Gotowym trzeba być jednak na niewygodę twardego drewnianego siodła. Najlepiej już na początku narzucić na nie miękką część garderoby.

Kiedy koń umrze, chowa się go na stoku, aby nikt nie mógł deptać mogiły. Mimo iż traktowane są z takim szacunkiem, nie nadaje się im imion. Imiona otrzymują za to psy, które stoją zaraz za końmi w hierarchii zwierząt. Przyjęcie do domu psa wiąże się ze swoistym rytuałem. Dawniej (a niekiedy i dziś) datę i godzinę sprowadzenia do geru psa wyznaczał szaman. Dokładne określenie właściwej pory było ważne, aby pies był dobrym przyjacielem i sprawdził się jako stróż dobytku. Ponadto, gospodarz, wybierając się po szczeniaka, musi przynieść miskę mleka suce, która go urodziła.

„Gdy koń tłuścieje, jego skóra się marszczy. Kiedy człowiek żyje w radości, jego czoło się nie marszczy.”

Gdy Mongoł przemierza step konno, śpiewa. Śpiew uprzyjemnia też wspólnie spędzane z rodziną i przyjaciółmi wieczory. Będąc w Mongolii, możemy być pewni, że raczej wcześniej niż później zostaniemy poproszeni, aby zaśpiewać coś polskiego. Zamiłowanie do śpiewu odzwierciedla pogodne uosobienie mieszkańców. W ich charakterze trudno dopatrzyć się rysów butnych i wojowniczych przodków – jednymi zdają się być męstwo i hart ducha. Dziś to naród z natury spokojny. Będąc tu, oswoić trzeba luźno pojmowane ustalenia czasowe i określanie odległości. W odpowiedzi na pytanie „jak daleko do celu?” najpewniej usłyszymy, że to „zaraz za górą”. Odpowiedź zabrzmi tak samo, gdy zniecierpliwieni powtórzymy pytanie po przebyciu kolejnych kilometrów.

Spokojna natura ma też swoje odbicie w głębokim szacunku, z jakim traktuje się tu przyrodę. Od czasów Czyngis Chana podtrzymywany jest zakaz mycia się i prania w rzekach i jeziorach. Próbując jednego lub drugiego, narazimy się na publiczną naganę.

W myśl mongolskiego przysłowia „głupiec, który był między ludźmi, jest lepszy od mędrca, który siedział w domu”. Możliwość podejrzenia stylu życia nomadów i uczestniczenia w ich codzienności zmienia perspektywę spojrzenia na własny kawałek świata. Dlatego: ruszajmy w step!

MONGOLIA – koszty podróży (2010)

Dojazd do Ułan Bator:

– koleją transsyberyjską z Moskwy: 325EURO w 1 stronę

– samolotem z Warszawy: ok. 3000PLN

* Wynajem rosyjskiego UAZ-a z kierowcą: 50-70$/dzień + koszty paliwa i posiłków kierowcy.

* Wynajem toyoty land cruiser z kierowcą: 70$-wzwyż/dzień

* Przykładowe ceny żywności:

– duża konserwa mięsna: 2700-3500TG

– duży słój konfitury: 2000-2500TG

– chleb: 600TG

– 1 pieróg z farszem mięsnym smażony lub gotowany na parze: 350-400TG

– cuiwan: 2500TG

– miseczka herbaty: 250TG

* Noclegi w gerach turystycznych: 2500-3500TG/osoba/noc (brak udogodnień typu łazienka)

Guesthouse: od 4500TG

Namiot można rozbijać wszędzie za darmo.

* Konie: w przypadku dłuższej niż jednodniowa wycieczki: 7000TG/dzień za 1 konia – opłaca się także

konie przewodników i konie objuczone bagażami. Na grupę 5 osób ma przypadać 1 koński przewodnik.

1 dzień konno: 15000TG

Godzinna przejażdżka konno: 4000TG

Godzinna przejażdżka na wielbłądach na Gobi: 4000TG

1$ = 1380 TG