Ziemia Ognista – Koniec świata i początek wszystkiego

Corbis

reklama

Gdy w 1520 roku Ferdynand Magellan dotarł do archipelagu, zobaczył blask niezliczonych indiańskich ognisk. Jak głosi legenda – to od nich wzięła się nazwa Ziemia Ognista. Rozległe, omiatane nieustającym wiatrem trawiaste pustkowia , tysiące wysp, skał i fiordów, pomiędzy którymi miesza się woda dwóch oceanów – Pacyfiku i Atlantyku. To ponoć najtrudniejsze do życia miejsce Ameryki Południowej.


Najdalej wysunięta skała archipelagu to przylądek Horn. Kiedy uda się go opłynąć, wystarczą dwa, trzy dni, by ujrzeć lodowce Antarktydy. Zachód i południe Ziemi Ognistej należą do Chile, północ i wschód – do Argentyny.

„Koniec świata. Początek wszystkiego”. Taki napis wita przybywających do Ushuaia – długi na kilkanaście metrów, wymalowany na obudowanej kamieniami skarpie, na której tulą się domy, te stare, drewniane, obite blachą, i te nowe, z betonu i szkła.

Dzień bez sztormu, burzy śnieżnej albo deszczu i wiatru to rzadkość. Gdy tylko jednak wiatr rozpędzi chmury, nad Ziemią Ognistą pojawiają się słońce i tęcza.

Pociąg na Koniec Świata

Ushuaia. Wąskie uliczki argentyńskiego miasta zstępują ku błękitnemu kanałowi Beagle. Biorą początek na stromym, zaśnieżonym stoku skalnej krawędzi, która wznosi się na ponad 1500 metrów, a kończą nieopodal przystani, gdzie cumują luksusowe cruisery wypływające stąd na Antarktydę.

– Niestety, na pokład mogą wejść tylko ci, których stać na bilet za 4–5 tys. dolarów – mówi Angela Valez. – My, z Ushuaia, możemy tylko popatrzeć na te statki. Albo zatrudnić się tam jako kelnerzy.

Może któregoś dnia spróbuje. Na razie musi wystarczyć jej El Tren del Fin del Mundo – Pociąg na Koniec Świata. Jeszcze w 1947 roku woził przemarzniętych, brodatych skazańców w pasiastych drelichach do ciężkiej pracy w górskich lasach. Angela znalazła pracę w firmie Tranex Turismo, która dba o najbliższą Antarktydzie linię kolejową świata – jej wąskie tory i przysadziste, czerwone parowozy.

– Teraz pociąg przewozi turystów. „Z najbardziej wysuniętego na południe miasta świata w samo serce Parku Narodowego Ziemi Ognistej” – cytuje slogan reklamowy Traneksu.

– Moje ukochane miasto pewnie nigdy by nie powstało, gdyby nie kolonia karna o zaostrzonym rygorze. Jesteśmy więc taką mniejszą Australią. Nie dało się posyłać więźniów dalej. Poza tym nigdzie indziej w Ameryce Południowej nie żyło się tak ciężko jak tutaj.

Prawdziwą więzienną lokomotywę można zobaczyć na dziedzińcu więzienia zamienionego na muzeum. Najsłynniejsi bandyci przełomu wieków – Mateo Banks, który gołymi rękoma wydusił wszystkich mieszkańców rancza Azul, i argentyński anarchista polskiego pochodzenia Szymon Radowicki,
który w 1909 roku zabił w zamachu szefa policji Buenos Aires, mają tu własne ekspozycje w małych celach.

– Ale to nie więźniowie byli tu pierwsi – opowiada Angela.– Osobą, która przyczyniła się najbardziej do poznania tego rejonu, był Robert FitzRoy – odkrywca kanału Beagle – nowej drogi (po Cieśninie Magellana) umożliwiającej wypłynięcie na wody Pacyfiku. Dziś w miejscu, gdzie zakotwiczył jego statek, stoi miasto. Turyści kryją się w podcieniach sklepów przy reprezentacyjnej alei San Martin. Żeglarze wstępują do kościółka, żeby odmówić modlitwę o bezpieczną drogę wokół przylądka Horn. Rękodzielnicy znoszą do butików drewniane pingwiny, grube wełniane swetry z napisem „Koniec świata”, a także czapki z pomponami i trójkątnymi klapkami na uszy. Ale tak naprawdę Ushuaia ożywa po 20, kiedy zamykają się sklepy. Godzinę później startują restauracje, żeby zakończyć „dinner” nad ranem. Zimą słońce zachodzi około 23…

Na stromych uliczkach samochody parkują z kołami w karkołomnym skręcie. – Ja pod koła mojej terenówki podkładam zawsze kawałek skały, a i tak nie mam pewności, że nie spłynie z nocną ulewą – mówi Angela.

Dzikusy Darwina

Po chilijskiej stronie Ziemi Ognistej rozłożyło się miasto Punta Arenas. – Przed oczyma mamy Cieśninę Magellana, a tuż za horyzontem Andy – przedstawia swoje miasto dońa Catalina Hernandez Antelo. – Kiedy moja babcia przyjechała tu z Bałkanów, zakochała się w tym miejscu bez pamięci. Opowiadała,
że tam, w Europie, jest gorąco i sucho. Tu za to zawsze świeżo, bo wciąż pada deszcz.

Dońa Catalina nie lubi deszczu, bo odkąd skończyła 55 lat, zaczął jej szkodzić na cerę. Kiedy pada, zostaje w domu i ogląda seriale. Te brazylijskie i te z Wenezueli.

Jej babka spoczywa na słynnym cmentarzu, do którego pielgrzymują ludzie z całej Ameryki Południowej, żeby dotknąć Indio Desconocido (Nieznanego Indianina) – pomnika wojownika z plemienia Ona. – Kto uściśnie jego lewą dłoń i pomodli się za jego duszę, może liczyć na cud – mówi dońa Catalina.

W Punta Arenas można spotkać jeszcze jednego spiżowego wojownika plemienia Ona. Siedzi u stóp pomnika Ferdynanda Magellana, który José Menendez, miejscowy przedsiębiorca, ufundował w 1920 roku z okazji 400-lecia jego podróży dookoła świata. Ten Indianin ma stopę wypolerowaną jak lustro. Mieszkańcy Ziemi Ognistej wierzą bowiem, że dotknięcie wojownika przynosi szczęście.

Jednak rdzenni mieszkańcy nie zawsze wywoływali pozytywne emocje. Kiedy na początku lat 30. XIX w. młody Karol Darwin, który opływał świat wraz z wyprawą naukową na statku „Beagle”, zobaczył po raz pierwszy Indian z Ziemi Ognistej, napisał: „Skarłowaciali, o brzydkich twarzach, zupełnie nadzy, o brudnej i tłustej skórze umazanej białą farbą. Głosy mają nieprzyjemne, gestykulację gwałtowną. Zupełnie pozbawieni ludzkiej godności. Patrząc na nich, trudno uwierzyć, że są mieszkańcami tej samej planety! Ach, jakaż przepaść dzieli dzikusów z Ziemi Ognistej i sir Isaaca Newtona!”.

Przed przybyciem Europejczyków na obszarze archipelagu żyły cztery plemiona: Ona, Haush, Yahgan i Alacaluf. Mieszkały w szałasach krytych skórami zwierząt, polowały na guanako (przodek lamy), wydry i lwy morskie. Kobiety nago wskakiwały do morza o temperaturze ledwie kilku stopni Celsjusza, żeby gołymi rękami z dna wyławiać olbrzymie czerwone kraby.

Thomas Bridges, chrześcijański misjonarz, założyciel Estancii Harberton, najstarszego rancza po argentyńskiej stronie Ziemi Ognistej, przed stu laty zdążył napisać słownik języka plemienia Yahgan, zanim Indian wyniszczyły głód i choroby białych ludzi.

– Okazało się, że Ziemia Ognista to najlepsze pastwiska w Ameryce. Wystrzelano więc gwanako i sprowadzono owce. Indianie nie rozumieli, czym są ogrodzenia i dlaczego nie wolno im zabijać białych gwanako, jak nazywali owce.

W domu dońi Cataliny wisi kolekcja fotografii z kolekcji Thomasa Bridgesa. Indianie to jej pasja. – Popatrz, jacy to silni ludzie. Jakie piękne kobiety! To ich ognie Magellan zobaczył na brzegu, kiedy tu dotarł. Ich język był pełen metafor, jakby wszyscy byli poetami. Nie mówili kobiecie: „jesteś stara”, ale – „twoja skóra jest jak skóra małży”… Dziś nie ma już Indian Yahgan, ostatnia rodzina czystej krwi żyła w Puerto Williams 10 lat temu.

Indiańska Śnieżka

Foto:
fotochannels.comNastępnego dnia o świcie stalowoszare fale Cieśniny Magellana oddzielającej Ziemię Ognistą od kontynentu szarpały brzegi przystani Tres Puentes. Przy dobrej pogodzie wystarczą trzy godziny, żeby przepłynąć na drugą stronę, do chilijskiego Porvenir leżącego na największej wyspie archipelagu – Isla Grande de Tierra del Fuego.

W 1974 roku pasterze z Seno Alirantazgo na wyspie Tres Mogotes odkryli zawiniętą w skóry mumię. – Dziewczyna. 30 lat. Zmarła około 1425 roku – naukowcy zbadali ją za pomocą metody węglowej. Mówimy o niej Kela. Nie wiadomo, z jakiego plemienia pochodziła. Wiadomo, że była piękna – Esteban Rajcević prowadzi mnie na piętro maleńkiego muzeum w Porvenir. Schylamy głowy, żeby nie potrącić wiszącego pod sufitem monstrualnego szkieletu lwa morskiego, mijamy wystawę indiańskich masek z kory i skóry.
Stajemy przed szklaną szafą, w której indiańska dziewczyna spoczywa jak Śnieżka w szklanej trumnie. – Wciąż jest piękna… – Esteban zniża głos. Milczymy.

Część eksponatów tego muzeum należała kiedyś do dziadka Estebana. Sto lat temu chorwaccy emigranci wysiedli na brzegu Ziemi Ognistej ze swymi namiotami i prymitywnymi narzędziami. Znaleźli złoto. Było go dosyć, żeby wybudować domy i kupić ziemię. Dosyć, żeby zapragnęli tu pozostać. Za mało, żeby zbudować prawdziwe kopalnie.

– Ta ziemia uwiodła moich przodków. Można powiedzieć, że nawet oszukała. Obiecała złote góry, a dała trawę i ciężką pracę pasterzy – mówi Esteban.

Dziś ranczerzy stawiają ogrodzenia tuż za rogatkami miasteczka. Łaciate byki o szerokich płaskich czołach, krótkich ostrych rogach i przekrwionych oczach zabijaków wychodzą czasami na drogę.

Dwa razy w tygodniu wyrusza jedyny w Porvenir autobus w głąb wyspy. We wtorki do Cerro Sombrero, a w czwartki do Onaisin. Dalej trzeba jechać konno.

Czas na Yerba Mate

Przebić się przez pustkowia na północ od Porvenir nie sposób, trzeba wrócić do Punta Arenas, przepłynąć Cieśninę Magellana w Punta Delgada i pojechać wzdłuż Atlantyku, przez Argentynę. Ta droga częściowo jest asfaltowa, więc autobusy jeżdżą tu co drugi dzień. Zanim dotrą w góry, muszą pokonać 500 km bezdrzewnej równiny. Potem wspinają się na Paso Garibaldi, skąd widać niewiarygodnie błękitne wody Lago Fagnano. Dalej, pośród gór, jezior, lodowców i fiordów północy, wiją się szlaki Parku Narodowego Ziemi Ognistej. Pośrodku lasu bobry budują swoje tamy, rozlewając górskie strumienie w czarne jeziora. Dzikie gęsi karmią pisklęta, małe brązowo-rude sokoły próbują pochwycić rybę w rozlewiskach, a czerwonogłowe dzięcioły opukują drzewa o siwych pniach. Przez snujące się mgły przedzieram się z Walterem Boltonem, którego pradziadowie przybyli do Argentyny z Hamburga przed 150 laty.

– Siadajcie, zjemy coś – dochodzi nas głos spoza mgły.

Nieznajoma siedzi na pniu i rozkłada przed sobą chleb, pomidory i talerz owinięty srebrną folią. – Może być ryba? – pyta. – Smażyłam ją dziś rano.

Walter nie wygląda na zdziwionego. – Tacy jesteśmy – uśmiecha się do mnie – nie lubimy samotnych pikników. Zrzuca plecak i wyciąga z niego dwa termosy, bombillę z suszonej tykwy i paczkę yerba mate w czerwonym kartonie z nadrukiem „Rosamonte”.

– Jestem Maria – przedstawia się kobieta i łamie chleb na cztery części, bo dosiada się do nas jeszcze długowłosy gitarzysta z chilijskiego Santiago. Walter zalewa mate wrzątkiem.

Dziwna sprawa z tą mate… W Europie trudno sobie wyobrazić, żeby na przykład kierowca autobusu miał cały czas jedną rękę zajętą trzymaniem szklanki herbaty. I żeby jeszcze częstował pasażerów. Właściwie nie chodzi o picie, tylko o wspólnotę. Pijemy po kolei przez tę samą rurkę – to trochę jak fajka pokoju.

Z krzaków wychodzi królik. Czeka na okruchy chleba. Mgły podnoszą się powoli. Wielka, czysta woda Lago Roca odbija skalne ściany na brzegach jeziora jak olbrzymie lustro.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »