Zobaczyć to za mało!

123rf.com

Uczestnicy tych wypraw zwiedzają nowe miejsca, a przy okazji mogą włączyć się w działania na rzecz lokalnej społeczności. Towarzyszyć ludziom w codziennej pracy, budować szpitale. O idei świadomego podróżowania opowiada Sylwia Huber z biura Aslema.
Na czym polega świadome podróżowanie?

reklama

Kiedyś podróżowanie było zarezerwowane dla elit i stanowiło dopełnienie wykształcenia, było podróżą poznawczą. Odkąd rozwinęła się masowa turystyka, stało się w dużej mierze bezrefleksyjne, konsumpcyjne i obciążające środowisko. Znam wiele historii o ludziach, którzy wyjeżdżają w egzotyczne miejsce, a potem nie wyściubiają nosa poza hotelowy basen. To są oczywiście skrajne przypadki, ale dobrze ilustrują ogólną tendencję. W idei świadomego podróżowania chodzi o to, żeby ludzie otworzyli oczy i zobaczyli trochę więcej wokół siebie. Żeby mieli świadomość, do jakiego miejsca jadą, jacy ludzie tam mieszkają i w jaki sposób ta podróż wpływa na ich życie. Średnio zamożny Europejczyk jest postrzegany przez mieszkańców środkowej Azji jako osoba niezwykle bogata. Nawet jeżeli jest to ktoś, kto całe życie zbierał pieniądze na tę podróż, to jednak ma ze sobą aparat i drogie buty i stać go na to, żeby dwa tygodnie nie pracować. Zresztą, taki turysta często sam zauważa tę różnicę i chętnie wspomaga lokalne dzieci – jakimś datkiem, słodyczami. Tylko że w ten sposób odciąga je od szkoły.

Masowa turystyka stała się także groźna dla środowiska naturalnego.

Sama podróż samolotem wiąże się z emisją dwutlenku węgla, która bardzo obciąża środowisko. Fundacja Aeris Futuro, z którą współpracujemy, przelicza pokonaną odległość na liczbę drzew, która zrekompensowałaby tę stratę. Nasza podróż kończy się zwykle sadzeniem lasu. Bardziej bezpośredni wpływ na środowisko uczestnicy podróży mają podczas wypraw trekkingowych do Nepalu czy Ladakhu. Boom na wycieczki w te strony z jednej strony jest pozytywnym zjawiskiem, bo turyści poznają przepiękne zakątki Ziemi i zasilają tamtejszy budżet, ale z drugiej strony powoduje obciążenie środowiska tonami śmieci, chociażby w postaci plastikowych butelek po wodzie. A że świadomość ekologiczna i poziom zamożności są tam wyjątkowo niskie, nie ma podstaw do rozwiązania tego palącego problemu. W tej chwili na potrzeby turystów na miejscu jest masowo wytwarzany plastik, ale ja pamiętam czasy, gdy na górskiej trasie w Nepalu nie można było kupić wody butelkowanej. Wodę pobierało się ze strumienia i uzdatniało do picia przez przegotowanie. Dlatego my, organizując wyprawę trekkingową, dbamy o to, żeby nie przyczyniać się do produkcji śmieci i używamy wody uzdatnionej.

Turystyka w krajach słabiej rozwiniętych pociąga za sobą więcej zagrożeń.

Zgadza się. Problemem są nie tylko niezutylizowane odpady, ale też bezkrytyczne przyjmowanie zachodnich wzorców. Miejscowi zakładają, że jako osoby zamożne zagraniczni turyści wnoszą coś z gruntu lepszego i naśladują ich styl bycia, co prowadzi do zaniku tradycji. Bardzo dobrze widać to w Ladakhu, który z powodu nieuregulowanych granic z Chinami i Pakistanem był niedostępny dla turystów do 1976 roku. Do lat 70. był samowystarczalny – wszystko było produkowane i utylizowane w naturalnym cyklu. Więzy rodzinne były bardzo silne, wioski tworzyły małe społeczności, w których ludzie sobie nawzajem pomagali, wspólnie wypasając zwierzęta i zbierając plony. Gdy otwarto granice, rozwinęła się turystyka i Ladakh przeszedł duże przeobrażenie. Rolnictwo przestało być opłacalne, bo tańsza pszenica napływała trakami z południa Indii. Wkroczyły tam korporacje i światowe organizacje, które wyparły lokalny biznes. Mężczyźni w poszukiwaniu pracy przenieśli się do miast, więzy rodzinne się rozluźniły…

Staracie się wspierać lokalny biznes?

Organizując wyprawy, korzystamy z małych, rodzinnych firm transportowych. Jeżeli są takie możliwości, staramy się kwaterować naszych klientów w prywatnych domach. Taki zwyczaj jest bardzo popularny w Ladakhu. Na miejscu będziemy się starali uświadomić ludziom, którzy z nami pojadą, jak ważna jest lokalna tradycja i wiedza. Plan jest taki, żeby przyjechać do jednej z wiosek, która ulokowana jest w mało dostępnej dolinie. Zatrzymamy się u ladkhijskich rodzin, którym będziemy pomagać w pracy na polu i przy zwierzętach. Będziemy się starali poznać tradycyjne życie, które jest wypierane przez wzorce europejskie. Spotkamy się z lekarzem medycyny naturalnej i astrologiem. Odwiedzimy stowarzyszenie, które uczy młode kobiety tradycyjnego rzemiosła: haftowania czy gotowania, i będziemy brać udział w takich zajęciach. Złożymy wizytę w buddyjskim klasztorze odłamu tybetańskiego. Wybierzemy się do fundacji założonej przez Szwedkę, która była świadkiem przemian w Ladakhu i udokumentowała je w postaci filmu i książki. Uczy ona młodych ludzi gospodarki rolnej z wykorzystaniem tradycyjnych metod i współczesnych nieszkodliwych środków. Pojedziemy też do doliny Nubry, gdzie na wysokości 3 tysięcy metrów znajduje się piaszczysta pustynia. Przejdziemy przez jedną z najwyższych przejezdnych przełęczy górskich na świecie o wysokości 5359 metrów n.p.m.

Taka podróż staje się spotkaniem kultur, społeczeństw, porozumieniem natury i środowiska?

Ladakh jest świetnym miejscem do tego, żeby mówić o zderzeniu tradycji z nowoczesną cywilizacją, i to jest temat przewodni tej wyprawy. Ale już planowana podróż do Kostaryki jest ściśle związana z aspektem natury i tam jako wolontariusze będziemy pracować w parkach narodowych. W zależności od miejsca, do którego jedziemy, kładziemy nacisk na inny temat. W końcu podróżowanie to nie tylko kontakt z naturą, ale przede wszystkim – z drugim człowiekiem. Dlatego ważne wydaje nam się uwrażliwienie na to, że jesteśmy tylko gośćmi w danym kraju i powinniśmy respektować jego zwyczaje. Dziwne jest to nasze europocentryczne spojrzenie na świat. Tak często patrzymy z wyższością, zamiast po prostu pomagać tym, którzy nas goszczą.

W Nepalu pojedziemy do wioski Chuplung, położonej w górach. Brakuje tam środków medycznych, a dostęp do lekarza jest utrudniony – z braku utwardzonych dróg w czasie gorszej pogody trudno tam dojechać. Lokalna fundacja, z którą nawiązaliśmy współpracę, buduje w Chuplung szpital. Będziemy pomagali w jego budowie. Zamierzamy też na bieżąco reagować na potrzeby mieszkańców. W listopadzie, gdy ruszy druga wyprawa w te rejony, będziemy mieli już konkretne wytyczne co do dalszej pomocy – może potrzebne okażą się środki medyczne albo szkolne. Po wylądowaniu w Nepalu planujemy też zwiedzanie Katmandu, a następnie 2–3 dni trekkingu. Śpimy pod namiotami, gotujemy na kuchenkach, wszystko niesiemy ze sobą. Kilka kolejnych dni spędzamy w wiosce. Droga powrotna to kolejny trekking. Dla uczestników będzie to doświadczenie przejścia po Himalajach i zdobycia szczytu Pike Peak (4070 m n.p.m.), skąd roztacza się piękna panorama na Mont Everest. Całość zabierze nam 17 dni.

Idea jest taka, że obie strony się czymś wymieniają?

Na tym właśnie polega podróżowanie. Spotkaniu ludzi różnych kultur siłą rzeczy towarzyszy wymiana informacji. Naszym celem jest wymiana dobrych doświadczeń. Przy tej okazji my też możemy się wiele nauczyć. Ludzie mogą nam przypomnieć o takich wartościach jak więzi rodzinne i międzyludzkie, troska o otoczenie. My żyjemy w pędzie. Taka podróż może nas z niego wytrącić.

Ladakh, Nepal… Dokąd jeszcze planujecie wyprawy?

Do Etiopii. Tu współpracujemy ze stowarzyszeniem, które zrzesza kobiety zajmujące się pracą przy niekontrolowanym wyrębie lasu. Wykonują katorżniczą i słabo płatną pracę, która na dodatek degraduje środowisko. Stowarzyszenie uświadamia im skutki ich działań i pomaga znaleźć inny sposób zarobkowania. Chcemy przeprowadzić tam szkolenia, które dadzą kobietom nowe umiejętności i pomogą zmienić ich życie. W planach jest również Maroko i kilkudniowy pobyt w wiosce w górach Atlasu. Będziemy towarzyszyć ludziom w codziennym życiu i w pracach, które mieszkańcy wioski będą mieli do wykonania. Zamieszkamy w ich domach i przez chwilę będziemy żyć ich życiem.

Jak narodził się pomysł, by organizować takie podróże?

Gdy dużo podróżujesz, dostrzegasz, jaki wpływ mają na siebie różne cywilizacje i kultury, widzisz ich wzajemne interakcje. Z tych doświadczeń zrodził się pomysł, żebyśmy wniosły coś wartościowego do tego świata. Wszystkie podróże organizujemy w małych grupkach, współpracując z lokalnymi biurami i dbając o środowisko. Ale zapragnęłyśmy zadziałać intencjonalnie.

Patronat nad naszym projektem objęła fundacja Marka Kamińskiego. Wspólnie omawiamy i zatwierdzamy programy wyjazdów, a część z zysków przeznaczona jest na cele statutowe fundacji – na działania na rzecz niepełnosprawnych w kraju.

To, co was napędza, to marzenie o lepszym świecie?

Raczej poszukiwanie utraconego raju. Tak też nazwaliśmy jedną z wypraw.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »