Weronika Mliczewska: Podróż do celu

Fot. Weronika Mliczewska

Od dziesięciu lat podróżuje w najdalsze zakątki świata. Od siedmiu kręci filmy dokumentalne. A ostatnio dzięki niej płaszcze przeciwdeszczowe szyte przez niepełnosprawnych z Ugandy oraz koszyki wyplatane przez wdowy ze wzgórz Kabutungu stały się modne nad Wisłą.

Z iloma koszykami wyplecionymi przez wdowy z Ugandy wróciłaś z Afryki?

Z 26. Do plecaka zapakowałam jeszcze 30 płaszczy przeciwdeszczowych uszytych przez niepełnosprawne i głuchonieme kobiety.

Jechałaś do Afryki, żeby pomagać?

Nie. Jechałam kręcić film dokumentalny. Akcje z koszykami i płaszczami były spontaniczne, wzięły się z przypadku i porywu serca. Można powiedzieć, że kobiety, które je wytwarzają, mnie znalazły. Bardzo lubię niesamowite historie, bo zawodowo zajmuję się ich opowiadaniem. Robię zdjęcia, kręcę filmy dokumentalne, napisałam książkę o współczesnych Majach „Na początku jest koniec. Na szlakach duchowości Majów”. Mówię o sobie, że jestem storytellerem. Skupiam się na historiach, a niektóre lepiej opowiedzieć filmem, inne zdjęciem, a jeszcze inne słowem. Jednak nigdy nie myślałam, że będę mówiła o kobietach, które robią koszyki albo że zostanę łączniczką zajmującą się dystrybucją rękodzieła z Ugandy.

Pojechałaś do Ugandy w nieznane, zupełnie sama?

Pojechałam sama, ale długo sama nie byłam. Wybrałam się tam, żeby nakręcić film dokumentalny o edukacji globalnej, realizowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej MSZ. Trzy dni przed wyjazdem zapytałam na Facebooku, czy ktoś przypadkiem nie zna kogoś w Ugandzie. Znajomy polecił mi, żebym się odezwała do Warrena. Wierzę w siłę ludzi i w to, że takie polecenia są najważniejsze, więc pierwszy dzień w Ugandzie spędziłam z Warrenem, jego żoną Lidią i piątką dzieci – nie tylko ich, ale też przygarniętymi sierotami. Lidia zabrała mnie do rodzinnej wioski położonej na bezdrożach, na wzgórzach Kabutungu. Tak poznałam jej matkę, 59-letnią kobietę, która po śmierci męża czuła się samotna i nie umiała się z tego podnieść. Bycie wdową w Ugandzie jest trudne, bo kobieta pozbawiona mężczyzny traci znaczenie. Zazwyczaj nie zarabia i często zostaje sama z dziećmi albo z wnukami.

Jak ona sobie radziła?

Żyła skromnie w domu bez prądu i wody, za to w otoczeniu sąsiadów, którzy pomogli jej ugotować posiłek z okazji moich i jej córki odwiedzin. Rano, gdy się obudziłam, przed chatą siedziała grupka kobiet. Matka Lidii powiedziała, że to wdowy tak jak ona, że też nie mają nadziei, nie wiedzą, co dalej, i na razie wyplatają razem koszyki.

(…)

Więcej w styczniowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 01/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.