Winnice w RPA: Szczęście w miłości do ziemi

Cała trójka: studentka psychologii Helanie Olivier, Malcolm Gooding – telewizyjny i radiowy speaker z Johannesburga oraz Stephen Richardson, rolnik z Norfolk we wschodniej Anglii, już jako nastolatkowie marzyli o tym, by uprawiać własny kawałek ziemi. W latach 90. przypadkiem znaleźli się w przepastnych dolinach okolonych łysymi górami Cape Fold Belt, gdzie obecnie przyjmują w swoich gospodarstwach tysiące turystów z całego świata, a ich największym marketingowym atutem jest święty spokój.


Cała trójka: studentka psychologii Helanie Olivier, Malcolm Gooding – telewizyjny i radiowy speaker z Johannesburga oraz Stephen Richardson, rolnik z Norfolk we wschodniej Anglii, już jako nastolatkowie marzyli o tym, by uprawiać własny kawałek ziemi. W latach 90. przypadkiem znaleźli się w przepastnych dolinach okolonych łysymi górami Cape Fold Belt, gdzie obecnie przyjmują w swoich gospodarstwach tysiące turystów z całego świata, a ich największym marketingowym atutem jest święty spokój.

reklama

Wybudować dom i posadzić drzewo. Albo i sto

– Przyjechałem do Doliny Franschhoek w 1995 roku jako komentator Światowych Mistrzostw w Rugby – wspomina Malcolm. – Były to pierwsze tego typu mistrzostwa w RPA i właśnie we Franschhoek rozgrywał się emocjonujący mecz pomiędzy Australią a Rumunią, zakończony 42:3! A ja myślami błądziłem po zalesionych zboczach okolicy i wiedziałem, że tu jest moje miejsce.

Wkrótce porzucił karierę w mediach i z pomocą włoskiego architekta zbudował wiktoriański dworek u podnóża Gór Wemmershoek, gdzie w piaszczystej glebie posadził sto drzew oliwnych.

Podobnie Stephen, który w 1990 przyjechał na wycieczkę do RPA: zapałał miłością od pierwszego wejrzenia do okolicznych terenów

– Poczułem nieprzezwyciężoną tęsknotę do uprawy winorośli – wspomina z rozrzewnieniem, wiodąc mnie przez piwnicę z setkami beczek i butelek. – I później ciągle tu wracałem, aż w końcu, w 1996 kupiłem gospodarstwo i nazwałem je Winnice Mallesat – to anagram od mojego i żony imienia.

Stephen nauczył się uprawy od swojego dziadka już jako nastolatek w Norfolk, gdzie jego rodzina miała gospodarstwo, dostarczające pszenicę oraz kaszę jaglaną do wytwórni whiskey.

– Zawsze jednak lubiłem sadzić winogrona, ale mimo żyznej gleby angielski klimat nie pozwalał na uprawę win wysokiej klasy.

W przeciwieństwie do Stephena, Helanie poczuła powołanie do produkcji win nie w rodzimej RPA, ale właśnie w Europie.

– Jako dwudziestolatka spędziłam dwa lata w regionie śródziemnomorskim i zakochałam się w winnicach Francji oraz Włoch – wyjaśnia. – Po powrocie do kraju skończyłam psychologię, która mnie wówczas pasjonowała, ale kawałek mojego serca na zawsze pozostał w winnicach Południowej Europy.

Z tego powodu Helanie przeniosła się do Stellenbosch, skąd wkrótce po ukończeniu studiów rolniczych wyjechała na staż do Chile, Francji, Włoch, czy sławnej Cloudy Bay w Nowej Zelandii. Zawsze jedna wiedziała, że wróci do RPA, by osiąść w malowniczej okolicy Stellenbosch i zająć się produkcją – jak sama mówi – „win nowego świata w stylu świata starego.”

– Winnica Hoopenburg była dla mnie oczywistym wyborem – wyjaśnia. – Jest otoczona majestatycznymi górami Simonsberg z Table Mountain – ikoną Cape Town i RPA – na horyzoncie. Mamy tu klimat iście śródziemnomorski, z południowo-wschodnimi wiatrami, żyzną glebą I czystymi wodami podziemnymi, więc jest to wymarzone miejsce na winnicę.

Cygaro i marynowane wiśnie

Stephenowi, pochodzącemu z rodziny rolników, uprawa roślin była bliska od najmłodszych lat. Dla niego największe wyzwanie, z jakim zetknął się na początku kariery producenta win, było natury marketingowej: czyli intensywne i niekończące się wysiłki, by sprzedać własne wyroby na konkurencyjnym rynku. W mgnieniu oka nauczył się, że najlepiej uprawiać winogrona odpowiednie dla gleby danego regionu, tzw. siedliska, zamiast tych, które są w modzie.

– To była szybka lekcja przyswajania wiedzy! – wspomina, nalewając kieliszek wybornego Mallesat z 2000 roku do kieliszka; trunek ma głęboki, burgundowy kolor w świetle długich promieni słońca i pachnie intensywnie.

– Najpierw czujesz aromat cygara – Stephen instruuje z namaszczeniem – potem marynowane wiśnie, a na koniec lekko kwaskowate ostrężyny na podniebieniu.

Dziś jego posiadłość w Paarl z dworkiem wybudowanym w 1858 roku, liczy 13 hektarów, z czego większość jest przeznaczonych na winorośl, skrawek na guavę, a reszta przynależy do budynków, dwóch ogrodów, i kanałów irygacyjnych. Uprawiają wiele szlachetnych szczepów: Chenin Blanc, Chardonnay, Viognier, Pinotage, Cabernet Sauvignon, Shiraz i Tempranillo.

– Największą przyjemnością, jaką daje mi moja praca jest wówczas, gdy wyprodukowane wino napawa mnie dumą – mówi z satysfakcją, by po chwili wybuchnąć śmiechem. – A największym wyzwaniem jest sprawienie, by ciągle się tak działo!

Herbata z oliwek dla tysięcy gości

W porównaniu do Stephena, Malcolm z żoną Salome mają małą posiadłość: cztery hektary ziemi. Produkują dżem i pikantny sos z oliwek oraz herbatę z ich liści. W 2005 roku zdecydowali się rozbudować dworek i obecnie przyjmują 4 tysiące podróżnych rocznie.

– Gościom najbardziej podoba się niebiański spokój w otoczeniu wspaniałej natury – mówi Malcolm. – Ich zachwyt wciąż przypomina mi o moim pierwszym drgnieniu serca na widok Doliny Franschhoek.

– Oprócz porannych biegów nie robimy nic – potwierdza 33-letni Ben Walton, Brytyjczyk, który odwiedza RPA przynajmniej cztery razy do roku. – Z moją dziewczyną spędzam dnie racząc się wybornymi winami pod okiem znakomitych kiperów w przepastnych ogrodach winnic, niczym w filmach o czasach kolonialnych. A wieczorem, o zachodzie słońca, pijemy ostatnią lampkę na werandzie z widokiem na Table Mountain. Niezmiennie od dwóch tygodni!

Podobnie ciszę i widoki chwalą sobie goście Mellasat, zachwyceni ciągnącymi się po horyzont równymi rzędami lśniących w słońcu winogron i łysymi górami Paarl w oddali. I to, że ich wizyta zawsze nabiera osobistego charakteru, głównie dzięki gościnności właścicieli winnic.

– Z 1,500 turystów przyjmowanych rocznie, 25% to przybysze zza granicy: UK, USA, Niemiec, Belgii, Skandynawii, oraz coraz więcej gości z Europy Wschodniej – mówi Stephen. – Sezon trwa od listopada do marca, ale przybywają do nas też turyści w zimie, gdyż uwielbiają degustacje przy ogniu skrzącym się w kominku! Większość z nich powraca w te okolice rokrocznie.

Dla całej trójki największym zmartwieniem jest pogoda, i to wcale nie zimowa.

Ostatnio w pożarze wokół Simonsberg spłonęło ponad 2000 hektarów lasów oraz winorośli – mówi Helanie. – A to dopiero początek roku.

– W lecie, kiedy jest strasznie gorąco i wietrznie, czujesz się bezsilny, widząc jak winorośl dosłownie umiera od suszy – wyjaśnia Stephen. – A najgorzej jest, kiedy maszyny i pompy nawadniające przestają działać, jak gdyby były w zmowie.

Cierpią nie tylko winogrona, bo również posiadłość Malcolma została dotknięta pożarem, gdy podczas upalnego lata spłonął jeden z budynków robotniczych.

Życie na roli przynosi jednak więcej zadowolenia niż trosk, i cała trójka podkreśla, że prowadzenie winnicy nie wiąże się z wyborem ścieżki kariery, ale stylu i jakości życia.

Tekst: Ramona Ślusarczyk

Jak mówi o sobie „Jestem Polką bez granic”:
1. Geograficznie – gdyż od dziesięciu lat nie mieszka w Polsce, co w praktyce oznacza życie w czterech krajach na trzech różnych kontynentach.
2. Zawodowo – bo ma na swoim koncie pracę jako kelnerka na Bermudach, specjalista do spraw logistyki w Anglii, nauczycielka angielskiego w Wietnamie oraz wykładowca mediów i public relations w Dubaju.
3. Ambicjonalnie – bo uwielbia różnorodne wyzwania: trzy tysiące kilometrów na rowerze w rok, wspinaczka skałkowa, żeglarstwo, udział w kampaniach na rzecz tzw. community empowerment, alt w międzynarodowym chórze, a nawet występ jako tancerka burleski (tak, w Dubaju).
Jej największa pasja to Wschody: Daleki i Bliski.