Wsi już nie czuć

fot.123rf

O tym, że pochodzenie ze wsi przestaje być obciążeniem. Co prawda nieliczni się nim chwalą, ale już domem poza miastem – prawie wszyscy, którzy go mają.
W 1991 r. wielkim przebojem był utwór „Jestem z miasta” Elektrycznych Gitar. Ta lekka piosenka, odzwierciedlająca blaski i cienie życia w wielkiej aglomeracji, stała się hitem dyskotek – dzięki chwytliwemu refrenowi. Kuba Sienkiewicz śpiewał (chyba śpiewał) w nim o tym, jak bardzo człowiek może wtopić się w miejską tkankę, lecz w praktyce pół Polski wyło na prywatkach, że wieśniaka poznasz po tym, jak wygląda, mówi i pachnie. Ale w ciągu ćwierćwiecza sporo się zmieniło.

reklama

Przede wszystkim zmieniło się oblicze samej wsi oraz jej mieszkańców. Postęp technologiczny, edukacja, komunikacja, internet czy dofinansowania unijne wyeliminowały wiele barier rozwoju i skróciły cywilizacyjny dystans między wsią a miastem. Globalna wioska wchłonęła tę lokalną. Co więcej, moda na zdrowy tryb życia, ekologiczne produkty i agroturystykę, chęć odnalezienia głębszych międzyludzkich więzi w małych wspólnotach, a także środowiska przyjaznego wychowywaniu dzieci powoduje, że mieszkanie na wsi staje się symbolem lepszego statusu społecznego. Dziś wiele osób chwali się tym, że mieszka na wsi, bo to oznacza, że je na to stać.

Dlaczego więc wciąż jeszcze wiele osób ukrywa swoje pochodzenie? Dlaczego określenie „wieśniak” lub „wiocha” ma pejoratywne znaczenie? Odpowiedzi trzeba poszukać w naszej zbiorowej tożsamości. I regionalnym zróżnicowaniu, bo wieś wsi nierówna.

Pańska Polska

Negatywne postrzeganie wiejskiego pochodzenia w prostej linii wywodzi się z historii, a raczej sposobu jej nauczania. Ta wykładana w szkołach to historia szlachty, choć warstwa ta stanowiła tylko 8 proc. społeczeństwa, a chłopi – ok. 90 proc. I dopiero w okresie pozytywizmu dostrzeżono, że to oni są głównym tworzywem narodu. Przez stulecia byli zależni od panów, niewykształceni, żyjący w biedzie, z polskością związani jedynie językiem i wyznaniem. Któż chciałby więc identyfikować się z taką grupą społeczną? Oczami wyobraźni większość Polaków traktuje siebie jako spadkobierców tradycji sarmackich i ziemiańskich, a nie chłopskich.

Teoretycznie takie postrzeganie korzeni powinno zmienić się w PRL, bo tamta Polska była państwem robotniczo-chłopskim. Tyle że folklor i ludowość były w tym czasie wykorzystywane do celów propagandowych, a ich forma nie miała wiele wspólnego z prawdziwym życiem na wsi. Do tego stopnia, że z czasem nawet określenie cepelia stało się synonimem imitacji (choć w zamiarze pod tą marką miały się kryć wyroby ludowe wysokiej jakości).

Nie dziwi więc, że osoby pochodzące ze wsi ukrywały swoje korzenie. Zdarza się to i dziś – w oficjalnych życiorysach wielu osobistości z pierwszych stron gazet na próżno szukać informacji o dorastaniu poza miastem. Takie zamiatanie pochodzenia pod dywan jest tym prostsze, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym – w tym przypadku ochrony zdrowia – zmieniły się warunki przychodzenia na świat. Porody dzieci wiejskich odbywają się w szpitalach, więc formalne miejsce urodzenia wielu osób ze wsi różni się od faktycznego miejsca pochodzenia. W oficjalnych dokumentach widnieje najczęściej tylko to pierwsze, więc łatwiej jest ukryć wiejskie korzenie.

Autor: Łukasz Guza

Cały artykuł przeczytasz w świątecznym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej dostępnym w kioskach już od 23 grudnia.