Zazdrość po amerykańsku

fot.123rf

Żyjąc kiedyś w Nowym Jorku zaobserwowałam ciekawe zjawisko „zazdrości po amerykańsku”. Nie lubię Ameryki, nie byłam tam szczęśliwa i niewiele stamtąd przywiozłam. To właśnie w USA odkryłam, że jestem Europejką, że kocham kulturę i relacje międzyludzkie, jakie w Europie panują. Jedyne, co podziwiałam w USA – i co stamtąd przygarnęłam tworząc moje cote newyorkais – to sposoby motywacji.
Czego nauczyłam się od mieszkańców kraju, w którym żyłam? Najbardziej zaskakującym dla mnie zjawiskiem była amerykańska ZAZDROŚC. Dlaczego owa zazdrość jest odmienna za oceanem? A dlatego, że tam jest ona swoistym motywatorem. Amerykanin uważa, że jeśli jego sąsiad coś osiągnął, to oznacza że on też może – przecież jest tak samo inteligentny, przystojny, zdolny jak tamten.

reklama

Jest jeszcze jeden bardzo ważny punkt w tej zazdrości. Fakt, że nasz przykładowy Pan Smith zazdrości swojemu sąsiadowi czegoś konkretnego, powoduje, że poznaje swój wymarzony cel – w ten sposób precyzuje to, o co będzie walczył przez następne lata. Jest wręcz wdzięczny sąsiadowi, że ten już to zdobył, ponieważ teraz będzie mógł go wypytać, jak tego dokonał, a ten pierwszy – z dumą profesora siedzącego na przeciw zafascynowanego ucznia – chętnie mu odpowie. Dzięki temu przykładowy Pan Smith będzie miał informacje z prawej ręki i nie będzie musiał ich ślepo szukać, popełniać błędów czy wymyślać kolejnych rozwiązań. Oczywiście będzie wielokrotnie postawiony przed zadaniem znalezienia swoich sposobów na wiele spraw, ale będzie on miał już o wiele mniej pracy. A zatem, czyż nie warto, by nasz sąsiad osiągnął swój wymarzony cel? Ależ oczywiście, że tak. Powiecie mi teraz, że stara dobra Europa nie lubi się chwalić i dzielić sukcesami – zgadzam się z wami.

Jest jednak jeszcze jeden kruczek w tych niekochanych przeze mnie Amerykanach – nieustanne pytania. Amerykanie są koszmarnie męczący. A to dlatego, że pytają o wszystko, a każde zadane pytanie wymaga odpowiedzi. Są przy tym bardzo grzeczni i mili – robią to w taki sposób, że osoba pytana czuje się niesamowicie docenionym epicentrum świata. Dzięki temu chętnie dzieli się swoimi sposobami na osiągnięcie celu. To jest ich sposób na otrzymanie informacji.

Pamiętam, jak kiedyś mój partner biurowy wypytywał naszego szefa, jak to się stało, że ma takie stanowisko. Robił to w taki sposób, że Robin z radością na twarzy wyjaśniał mu każdy kruczek swojej kariery życiowej. A Jamais posłusznie siedział, słuchał i notował. Później wielokrotnie widziałam, jak dopytywał Robina o różne szczegóły. Dziś Jamais jest na dobrej drodze, by zająć miejsce Robina, który zmienił swoje stanowisko – jest szefem tego samego departamentu – z tym, że na „pół świata”. Zawsze podziwiałam ich obu. Pierwszego, bo potrafił swoją ZAZDROŚĆ przemienić w motywację do celu, i pokornie jak oddany uczeń wysłuchiwać „przepisu na sukces”, a drugiego – za to że tak chętnie się dzielił swoją wiedzą i doświadczeniem.