Agra – Czerwony Fort i Wielki Meczet

Do Agry przyjeżdża się przede wszystkim dla Tadż Mahal. I słusznie. My też go Wam pokażemy, ale w następnym odcinku. W tym chcielibyśmy zajrzeć do tych miejsc, które choć znane i piękne, zostały w cieniu Tadż.
Do takich miejsc na pewno należy Czerwony Fort. I nie mamy zamiaru przytaczać tu jego historii, bo jest o niej mnóstwo w każdym przewodniku. Wystarczy wspomnieć, że budowla na ostatnie lata życia stała się więzieniem dla Śahdziahana, który w zamknięciu mógł, jedynie z daleka, podziwiać Tadż Mahal, przepiękne mauzoleum ukochanej zmarłej żony. A biorąc pod uwagę, że w Czerwonym Forcie uwięził go własny syn, wydaje się, że relacje w tej potężnej mogolskiej rodzinie do łatwych nie należały. My mieliśmy to szczęście, że wybraliśmy się do Czerwonego Fortu w Dniu Dziedzictwa Kultury. Nie dość, że wstęp tego dnia jest bezpłatny (co akurat stanowi niemałą oszczędność!), to przed bramą fortu powitała nas orkiestra i tańczące Hinduski. Dostaliśmy powitalne sznury kwiatów na szyję, a następnego dnia nasze zdjęcie było w lokalnej gazecie! Z wielkim tytułem WITAJCIE! No cóż, zawsze twierdziłam, że mamy szczęście w podróży i gdzie nie zajrzymy, jesteśmy mile widziani…

reklama

Po Czerwonym Forcie, był Dźama Masdżid, największy meczet miasta. Ciche, dostojne miejsce. Tyle tylko, że zwiedzanie go po południu, w upalny dzień, stało się męką. Bo trzeba na bosaka. A posadzka rozgrzana do granic możliwości! Próbowaliśmy na palcach, piętach, jakoś po kawałku kartonu. Daliśmy radę, ale trzeba przyznać, że nawet tak banalna rzecz jak rozgrzana podłoga w świątyni czy meczecie może przysporzyć kłopotu. Tolerowane są skarpetki, ale tego dnia akurat nie mieliśmy. Potem, już w obuwiu, była włóczęga po starej części miasta, Kinari Bazaar. Labirynt starych uliczek przemierzaliśmy w tłumie ludzi, rowerów i riksz. Wizytę w Agrze warto przypieczętować pysznym posiłkiem. W końcu Mogołowie znani są nie tylko ze swych rządów, pokręconych układów rodzinnych i wspaniałych budowli. Zostawili też swoją kuchnię. Pyszne gęste sosy z chlebem nan rozpływają się w ustach. Wiemy, bo sprawdziliśmy. Chociaż w podróży nie korzystaliśmy z wytwornych restauracji, w Agrze zaszaleliśmy. Czasem trzeba. A gdzie jak nie w mieście, w którym witano nas muzyką, kwiatami i nagłówkami w lokalnych gazetach!

Tekst: Joanna Grzymkowska-Podolak