Zwyczajne szczęście – felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf

Mamy tendencję do tego, żeby szukać szczęścia gdzieś daleko – za górami, lasami, za oceanem. Tak jak to się dzieje w bajkach. Wydaje nam się, że musimy przebyć szmat drogi, żeby znaleźć miłość, ciepło, spełnienie. Nie zwracamy uwagi na to, co jest blisko nas, na wyciągnięcie ręki.

reklama

Zaliczyła sesję w pierwszym możliwym terminie. Poprosiła babcię Stefę o pożyczkę, której i tak nigdy nie zamierzała zwrócić. O tym wiedziała i ona, i babcia Stefa. To był taki ich kod. Rozumiały się bez słów. Liczyła się przede wszystkim miłość. A babcia Stefa bardzo ją kochała. W dzieciństwie robiła dla niej racuchy i całowała starte kolana, żeby mniej bolały. Pieniądze wobec tej miłości nie miały żadnego znaczenia, nawet jeśli dla wnuczki pozbywała się swoich zaskórniaków. Babcia Stefa poszła do „maryjnego”, czyli odświętnie urządzonego pokoju, w którym nie mieszkał nikt oprócz wielkiego obrazu Matki Boskiej. I do którego wchodziło się tylko z okazji niedzieli, żeby wziąć świeżą pościel lub niedzielne ubranie – z szafy, w której wisiały jeszcze garnitury nieboszczyka męża. Babcia Stefa otworzyła drzwi starego, niepraktycznego mebla. Szafa jęknęła głośno, jakby ktoś obudził ją z głębokiego snu. Spod pościeli na górnej półce wyciągnęła zwitek banknotów. Pieniądze były podzielone na dwie kupki. Jedna przeznaczona była na pogrzeb, a druga na ślub i wesele wnuczki. Czekały tam już bardzo długo. Liczyła, że wnuczka wyjdzie za mąż zaraz po maturze. Ale teraz młodzi nie chcą się żenić. Gania ich po świecie. Szukają nie wiadomo czego. Nie to co ona z Józinkiem. Nie kochała go, jak wychodziła za niego za mąż, to prawda, ale potem pokochali się i nie potrafiła bez niego żyć. Po śmierci Józinka czuła, jakby połowa jej poszła z nim do grobu. Otarła łzę z wysuszonego starością oka, pogłaskała zdjęcie Józinka, jak zwykle lękliwie popatrzyła na Maryjkę i powłócząc nogami, poszła do kuchni, żeby dać pieniądze wnuczce. – A na pewno dobrze ci będzie w tej Ameryce, dziecko? – Dobrze, babciu, nie przejmuj się – odpowiedziała, całując babcię w pergaminowy policzek i odbierając od niej pieniądze. – Zwrócę, jak tylko będę mogła.

Chciała w to wierzyć. Miesiąc wcześniej znalazła w Internecie ogłoszenie o tym, że bogata rodzina na Long Island potrzebuje opiekunki do dziecka. Zapewniają wyżywienie, zakwaterowanie i dobrą płacę. Przylecieć musiała na swój koszt. Nie zastanawiała się długo. Taka okazja może się nie trafić, a nie chciała spędzać kolejnych wakacji na zbieraniu czereśni i śliwek, z czego potem i tak nic nie miała, bo chłop małorolny zawsze oszukiwał swoich sezonowych pracowników, wypłacając im połowę umówionej stawki, narzekając przy tym na rząd. Bo gdyby chociaż żył Lepper: „O! On to rolnikowi nie dał krzywdy zrobić. Swój chłop”.

Rodzice nie przejęli się zbytnio jej pomysłem. Ojciec sadził kolejne drzewa na działce, a matka zajęta była jak zwykle sobą, utyskując na zgniły świat i na to, że nikt jej nie rozumie. Na szczęście była jeszcze babcia Stefa, która zawsze potrafiła wybawić ją z opresji.

– Zobaczysz, babciu – mówiła przez telefon – zarobię tam bardzo dużo pieniędzy i jak wrócę, to wyremontujemy dach w letniaku. – A co mi tam dach, dziecko – odpowiadała babcia Stefa. – Mnie to trzeba prędzej trumnę kupić, niż dach reperować.

Wstała rano, zrobiła kanapki na drogę. Kupiła wodę, jogurt i sok. Pojechała na lotnisko. Pani przy bramce powiedziała: „Albo pani to wypije, albo wyrzucamy”. Jak miała wypić? 3 litry? Tu? Teraz? Pokręciła głową na takie marnotrawstwo. Kazali jej zdjąć z siebie niemal wszystko. Na boso przebiegła po brudnej posadzce, bo tak jej kazał groźny pan za bramką. Przez rękaw dostała się do samolotu, zajęła miejsce i… zasnęła. Przespała prawie całą drogę. Była zła na siebie, bo tyle po drodze mogła zobaczyć, a jak się obudziła, to były same chmury. Też ładne. Różne, płaskie i puchate.

Wieczorem wylądowała w Nowym Jorku. Dostała się na Long Island, doczłapała pod wskazany adres, do rodziny, w której miała pracować. Nie zaskoczyło jej, że gospodarz minął ją w drzwiach, mówiąc, żeby odpoczęła, bo on właśnie wychodzi na kolację. Nie zdziwiła się, kiedy nie znalazła w domu żadnego dziecka – powiedzieli, że wróci za parę dni. Była trochę zaskoczona, kiedy jej pracodawczyni kazała jej przefarbować włosy na rudo, bo dziecko nie lubi blondynek. Była bardzo zaskoczona, kiedy okazało się, że jeśli chce wziąć coś z kuchni do jedzenia, to musi za to zapłacić. Uciekła dopiero trzeciego dnia, kiedy gospodarz przyprowadził do domu kolegę i obaj próbowali ją zgwałcić.

Oszołomioną, nieszczęśliwą, taką „Polish girl in tears” znalazła Stephanie, która opowiedziała mi tę historię. Zajęła się dziewczyną, okryła kocem i podarowała jej ciepło. Dziś dziewczyna jest ważną menedżerką w uznanej nowojorskiej firmie. Jedyne czego ogromnie żałuje to, że w pogoni za dalekim szczęściem nie mogła być z babcią Stefą, kiedy ta, na tapczanie w letniaku z podziurawionym dachem, chwilę przed tym, jak ostatni raz w życiu nabrała powietrza do płuc, wypowiedziała z gasnącym uśmiechem imię wnuczki.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »