Ania Starmach: moje smaczne życie

Właśnie mija 10 lat, odkąd Ania Starmach powiedziała sobie, że choć historia sztuki to piękny świat, ona jednak woli kuchnię. Pasję do gotowania odziedziczyła po babciach, poczucie smaku po rodzicach. Inspiracje czerpie z podróży. Ostatnia – do Etiopii – sprawiła, że ponownie zadała sobie pytanie, co znaczy dla niej jedzenie. Opowiedziała o tym Joannie Olekszyk.

fot. Zosia Promińska

reklama

Przeczysz dość powszechnemu przekonaniu, że aby zrobić karierę w telewizji, trzeba się przenieść do Warszawy. Chyba możemy użyć określenia „kariera”…

Można nazwać to karierą, ale można też po prostu pracą zawodową. Nie zrozum mnie źle, mam w sobie dużo pokory, ale zdaję sobie sprawę, że w swoim zawodzie osiągnęłam sukces. I jestem z siebie dumna. Jak widać, wszystko da się zorganizować. Życie w rozjazdach ma swoje minusy, wiele rzeczy mnie omija, z innych świadomie rezygnuję, na pewno też jestem mniej dostępna dla wielu osób, ale z drugiej strony inni bardziej szanują mój czas. Funkcjonuję tak od paru lat, podobnie jak mój tata, który ma galerię sztuki w Krakowie, a odkąd pamiętam dwa razy w tygodniu dojeżdża do Warszawy. I też nigdy nie miał potrzeby, by przeprowadzić się do stolicy – może to u nas rodzinne.

Czy z perspektywy Krakowa czas płynie wolniej? Dystans geograficzny daje też dystans psychiczny?

Tak, mam poczucie, że w Krakowie żyje się wolniej, ludzie mniej się denerwują, stojąc w korkach, być może z racji tego, że jest też mniej nowo powstałych knajp, mniej premierowych spektakli czy wystaw, ludzie mają więcej czasu na to, żeby się po prostu spotkać – dla samego spotkania. Oczywiście to jest tylko moja teoria, nigdy nie prowadziłam żadnych statystyk. Gdy myślę o sobie w przyszłości, za parę lat, i o rodzinie, którą kiedyś założę, to widzę nadal Kraków, domek pod miastem, ogródek, biegającego psa – marzenie prawie każdej dziewczyny. Nie wiem, czy to jest kwestia klimatu samego Krakowa, czy tego, że jest moim rodzinnym miastem, ale ja tu czuję się najlepiej, mam tu rodzinę, przyjaciół – od lat tych samych. Drugim magicznym dla mnie miejscem jest Paryż, gdzie spędziłam cudowny rok.

Wiecej w Sensie 04/2017. Kup teraz!

SENS także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »