Debata. Dobre sam na sam

fot. Łukasz Sokół

Najbardziej rodzinne święta w roku to dla wielu z nas czas dojmującej samotności. Jak od niej nie uciekać, ale ją oswoić, debatuje Paulina Młynarska i jej goście: Katarzyna Montgomery, Ewa Kasprzyk i Wojciech Majchrzak.

fot. Łukasz Sokół

reklama

Spotykamy się w przededniu świąt Bożego Narodzenia. Ten czas jest testem na to, jak sobie radzimy w relacjach. Czy zdarzyło wam się przeżywać napięcie związane z pytaniem: „Z kim spędzę te święta?”

Ewa Kasprzyk: Bywa, że przeraża nas myśl o tym, jak samotni poczujemy się, będąc z bliskimi przy stole. Nie jestem zwolenniczką rodzinnych świąt, ponieważ przychodzi czasem do mnie ten rodzaj paniki. Wybieram wyjazd.

Ucieczka?

E.K.: Ucieczka.

Katarzyna Montgomery: Jest też samotność, która dotyczy rodzin patchworkowych. Przechodni ojciec, krążący pomiędzy wigiliami, i jego partnerki, byłe i obecne, które też pewnie czują się bardzo samotne tego dnia… Że on jest tylko na chwilę albo że przychodzi już po.

E.K.: I nie wiadomo, która to jest ta „właściwa” rodzina.

Można złapać doła.

K.M.: Można, bo chciałoby się jednak usiąść razem przy stole. I posiedzieć. Nacieszyć się sobą.

Bywa, że między domami krążą dzieci. One też muszą się czuć samotne.

K.M.: Dzieci mają to przynajmniej osłodzone prezentami! Chociaż nie wiem, czy do końca.

Wojciech Majchrzak: Ja nigdy nie odczuwałem niepokoju na myśl o świętach, nie poznałem syndromu ucieczki. Przynajmniej w tym czasie, bo jeśli chodzi o wywoływanie w sobie różnych niefajnych nastrojów w samotności, to jak najbardziej, tylko przy innych okazjach (śmiech)!

A co sądzicie o świętach z „rodziną niespokrewnioną”, z przyjaciółmi?

K.M.: Ja uważam, że to jest fantastyczne rozwiązanie dla wielu ludzi. Widzę, że czasem jest lepiej spędzić święta z przybraną rodziną niż z prawdziwą, z którą łączą nas więzy krwi. Mieszkam pod Warszawą, gdzie w gronie przyjaciół i sąsiadów zaliczamy po trzy wigilie, co najmniej! Zaczyna się śledzikiem u jednej z koleżanek, każdy przynosi jakiś mały prezent, rozmawiamy. Potem jest kolędowanie u koleżanki dentystki – schodzi się z 60 osób i naprawdę śpiewamy kolędy. Po cudnie leniwych świętach z najbliższą rodziną w drugi dzień świąt wieczorem spotykam się w stałym gronie dobrych znajomych i przyjaciół u sąsiadki.

W.M.: U nas ciąg przyjmowania gości trwa aż do Nowego Roku. Moja żona Olga ma pierwszego stycznia urodziny. Lubimy mieć dom pełen ludzi!

Wiecej w Sensie 12/2014. Kup teraz!

SENS także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »