Grzegorz Turnau: Święte bez sensu

Fot. Tomek Sikora

„Wszystko jest bez sensu… Lecz bardzo jest święte” – słowami Jarosława Iwaszkiewicza śpiewa Grzegorz Turnau. Od 30 lat na scenie, nadal gromadzi tłumy na koncertach. Co go inspiruje i jak chroni się przed rutyną, mimo że właściwie się nie zmienia – wyjaśnia muzyk w rozmowie z Martyną Harland.

Wszyscy pana lubią. Jak pan to robi, że z wiekiem nie staje się bardziej gorzki?

Być może ta emanacja pozytywnej energii bierze się stąd, że nie potrafię żyć w otchłani nerwów. W awanturach, które mają zrodzić arcydzieło. Mam to chyba po mojej mamie, przy której trudno było czuć się niekomfortowo. Może to jest jakiś gen pozytywnej energii? Zresztą stąd, między innymi, tytuł mojej ostatniej płyty „L” – od lubić.

A za co można lubić życie? Za co pan je lubi?

Za każdą drobną rzecz. Za to, że spotkałem przed chwilą na ulicy nieznajomego człowieka, który dał mi dwa tomiki wierszy swojego ojca. A po wczorajszym koncercie dziewczyny poprosiły mnie o autograf. Nie dla siebie jak to było kiedyś, a dla mamy i babci… Chodzi mi o ten codzienny cud. Jest taki wiersz Bronka Maja, który śpiewam – dytyramb „Sancho”: „Tam wieczność pusta. Tam doskonałość, zimna jak lód. Tu groch z kapustą, i poniedziałek: codzienny cud…” (śpiewa). Nie chodzi o sięganie po olimpijskie zdobycze wszechwładzy, mocy i dostępu do absolutu. Jeden ma więcej samozaparcia i jest zdolny do dyscypliny, inny ma go mniej. Ale to nie znaczy, że życie tego drugiego musi być gorsze czy uboższe.

(…)

Więcej w marcowym numerze magazynu SENS.

 

Wydanie 03/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.