Jeremy Irons: Porażki uczą więcej niż sukcesy

Fot. Getty Images/ Gallo Images

W życiu zawodowym nie boi się ryzykować. W tym pozaekranowym nie wstydzi się swoich nałogów. Pełen sprzeczności i dystansu do sławy Jeremy Irons opowiada Marioli Wiktor o tym, co naprawdę jest ważne.

reklama

Z pochodzenia i wyglądu jesteś klasycznym Anglikiem. Masz nawet własny zamek. Kupiłeś go przed laty w Irlandii w West Cork.

Tak, liczy sobie 600 lat. Już od 300 lat straszył w okolicy jako historyczna ruina. Jest jednak przepięknie położony na zboczu nad oceanem i nosi w sobie ślady wspaniałej przeszłości. Ocalało aż 110 miniaturowych wieżyczek, ale od XVII wieku nikt tu nie mieszkał. Zachwyciłem się, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem to miejsce. Gdy nie udało mi się nikogo zainteresować ratowaniem zamku, postanowiłem sam go kupić. Dzięki temu przetrwał. Zamierzałem go odrestaurować i udostępniać do zwiedzania oraz uprawiania w pobliżu żeglarstwa i jazdy konnej. Pieniądze za bilety miały zasilać kasę fundacji. Niestety, ciągle walczę z konserwatorem i biurokratycznymi przepisami, ale wierzę, że w końcu się uda.

Z pewnością nie kupiłem go dlatego, by w nim zamieszkać, nie mam ambicji arystokratycznych. Nie przyjąłem nawet rekomendacji do tytułu szlacheckiego. Wyobrażasz sobie spędzenie w takim zamku zimy, kiedy wiesz, że aby ogrzać cały budynek, musisz czekać kilka dni? Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie wytrzymał. Razem z Sinead (żona aktora – przyp. red.) i trzema naszymi psami mieszkamy w zwykłym wiejskim domu w Cork, jakich pełno w okolicy. Za domem mamy małą stajnię dla koni. To mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Zamek pochłania na razie mnóstwo pieniędzy i zmusił mnie do intensywnego grania.

(…)

Więcej w kwietniowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 04/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.