Monika Kuszyńska: I znów nie wiem NIC

Fot. Rafał Masłow

Od czasu wypadku poukładała swój świat na nowo. Nauczyła się akceptować siebie i to, że na wiele rzeczy nie ma wpływu. Aż tu nagle pojawił się on. I wywrócił ten świat do góry nogami. Od narodzin Jeremiego skala emocji Moniki Kuszyńskiej rozpościera się od wielkiego lęku do jeszcze większej miłości. Wracają pytania o szczęście i sens cierpienia. Jakie znajduje na nie odpowiedzi?

 

Rozmawiałyśmy trzy lata temu, kiedy gościłaś na naszej okładce. Wtedy zajmowały cię głównie przygotowania do konkursu Eurowizji. Czym żyjesz teraz?

Chyba się łatwo domyślić (śmiech). Chcesz, żebym powiedziała to na głos? No dobrze… Dziś żyję dzieckiem, rodziną i… właściwie głównie tym.

Jeremi, twój synek, ma ponad rok. Co w sobie odkryłaś w związku z tą nową sytuacją i nową rolą?

To dla mnie wyjątkowo trudny temat do rozmowy. Z jednej strony dlatego, że jest tak bardzo intymny, a z drugiej – tak świeży. Jeszcze sobie tego wszystkiego nie ułożyłam, jest we mnie dużo emocji – i tych pozytywnych, i tych mniej. Być może to nie tylko moje jednostkowe doświadczenie, prawdopodobnie mają tak wszystkie mamy.

Do momentu urodzenia dziecka mój świat był poukładany i pewny. Miałam na przykład poczucie, że niczego się już nie boję. Że jestem mocno osadzona w teraźniejszości. Był we mnie duży spokój. W momencie, w którym pojawił się Jeremi, przyszła miłość i przywiązanie – z dnia na dzień coraz silniejsze i całkowicie różniące się od tego, które do tej pory znałam – ale też coś, co mnie przeraziło. Wrócił lęk. Lęk o jego przyszłość, o jego zdrowie i życie, po prostu lęk o niego. Oczywiście człowiek nie chce wyobrażać sobie złych rzeczy i stara się o nich nie myśleć, ale umysł podsuwa nowe obrazy. Uczę się nawet nie tyle walczyć, co funkcjonować z tym lękiem.

(…)

Więcej w czerwcowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 06/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.