Tata na pełny etat

123rf.com

Na ulicach przed południem widywałam mężczyzn z małymi dziećmi. Nawet
po kilku dziennie. Na moich oczach niemalże zderzali się wózkami. Pomyślałam, że skoro to już jest codzienność mojego miasta, warto się jej przyjrzeć – mówi Magdalena Szwarc, dziennikarka, autorka książki „Ojcowie szóstego levelu”. Czego dowiedziała się o współczesnych ojcach?

reklama

Szósty level to twoim zdaniem najwyższy poziom byciu ojcem. W swojej książce opisujesz właśnie takich mężczyzn. Jak myślisz, dojrzali do bycia ojcem czy brak pracy zmusił ich do zostania w domu z dzieckiem?
I jedno, i drugie. Współczesnego Polaka zazwyczaj nie stać na to, żeby samodzielnie utrzymał rodzinę. Rzeczywistość wymusiła zmianę, kobiety poszły do pracy. Ale też i mężczyźni się zmienili. W parkach jest mnóstwo ojców z wózkami, a także dziadków. Widzę to i we własnej rodzinie – ojcowie, którzy nie zajmowali się za bardzo swoimi dziećmi, są dziś fantastycznymi dziadkami. Kąpią, karmią, spacerują, odprowadzają do przedszkola…

Zachwyciło cię to zaangażowanie?
Tak. Ale wchodząc w ten temat, nie miałam żadnych wyobrażeń. Byłam ciekawa, co napotkani na placach zabaw ojcowie mi powiedzą. O kobietach wiemy, że w rodzicielstwie często znajdują sposób na realizację siebie, a czy oni się spełniają w ojcostwie? Czy inaczej niż kobiety opiekują się dziećmi? Czy w takiej sytuacji ich związki są inne? Jakie wyzwania taka zamiana ról stawia przed partnerami? Jak sobie z nimi radzą? Jak otoczenie na nich reaguje? Chciałam pokazać spektrum doświadczeń, okoliczności czy problemów, z którymi ludzie podejmujący takie wyzwanie się mierzą. Zobaczyć, jakie są profity, a jakie koszty.

I czego się dowiedziałaś? Kim są ojcowie 6. levelu?
Na pewno nie są gorszymi rodzicami niż matki. Otworzyli przede mną świat rzeczy, które robią po swojemu, inaczej niż kobiety. W Polsce panuje przekonanie, że to kobieta ma być tym lepszym rodzicem. Jakby „kobiecy” sposób wychowania był jedynym słusznym. A nie jest! To są naprawdę fantastyczni faceci! Odważni! Niezależni mentalnie. Bardziej wrażliwi od średniej krajowej, bardziej dojrzali, świadomi siebie. Trzeba mieć niezwykłą siłę, by podjąć się zadania niezgodnego ze swoją rolą kulturową. Zbudować siebie na innych podstawach, jakby obok, od nowa. Ryzykują. „Mężczyźni z wózkami” bywają przez kolegów traktowani lekceważąco. Słyszą: „straciłeś pazur”, „uciekłeś w dziecko”. Ich partnerkom też społeczeństwo podcina pewność co do słuszności podjętej decyzji – słyszą pytania: „Czy sobie poradzisz? Czy się nie boisz?”. Ojcowie, z którymi rozmawiałam, znają swoją wartość. Wielu z nich miało fajnych ojców. Inni do świadomego ojcostwa doszli w procesie własnego rozwoju, dojrzewania.
Chciałabym, żeby ta książka była dla czytelnika szansą na przymierzenie siebie do alternatywnej rzeczywistości. Zastanowienie się, jakim ojcem chcę być. Nie uważam, że każdy mężczyzna powinien rzucić pracę i zajmować się dziećmi, ani że kobieta powinna zostawić dziecko i przymuszać swojego partnera do zajmowania się nim. Więź, jaka się buduje między rodzicem a dzieckiem, to bardzo osobiste doświadczenie.

Myślisz, że ojciec zajmujący się dzieckiem na cały etat jest atrakcyjny seksualnie dla kobiety?
Moim zdaniem z pewnością dla innych kobiet, bo jest symbolem opiekuńczości, czułości, odpowiedzialności… Ma klucz do ich serca. Ale czy do serca swojej życiowej partnerki także?
Pozytywna odpowiedź na to pytanie koreluje z tym, czy jest zadowolony z siebie, swoich wcześniejszych osiągnięć, życia i czy zbudował swoją tożsamość, wie, kim jest. Jeśli ma zgodę na zamianę klasycznych ról, nie traci na atrakcyjności. W przeciwieństwie do kobiety, która „siedzi” w domu, ojcowie najczęściej nie rezygnują całkowicie z pracy zawodowej. To też pozytywnie wpływa na ich dobrą samoocenę. Wyjście z domu, w środowisko rówieśników, pozwala im od dzieci odpocząć, czego kobiety często nie robią.

Twoi bohaterowie mówią, że zostanie w domu z dziećmi to był ich świadomy wybór.
Wiedzą, co robią i dlaczego to robią. Mówią: „Jeżeli moja żona chce się spełnić zawodowo, nie mogę jej powiedzieć: sorry, twoją rolą jest siedzieć w domu z dziećmi, gotować, prać, sprzątać, a ja ci zapewnię utrzymanie”. Oczywiście są kobiety, które tego właśnie chcą. Ale to nie jest jedyny model. Spotkałam kilku ojców, którzy mówili, że chodzenie z wózkiem po parku to nie jest powód do dumy. Do bycia na tacierzyńskim zostali przymuszeni. Nie naciskałam na rozmowę. Chciałam zobaczyć mężczyzn, którzy znaleźli na to wyzwanie swój sposób, konstruktywne rozwiązania, a nie takich, którzy przyjmują rolę ofiary.

Jeden z twoich bohaterów, Tomasz, nie rozmawia z innymi mężczyznami o dzieciach, bo to niemęskie…
Zaryzykowałabym tezę, że ojcowie, którzy zajmują się dziećmi, nie mieszają się z tymi, którzy się nimi nie zajmują. To dwa odrębne światy. Ci pierwsi, w określonych okolicznościach – bo też, jak się okazuje,  nie w każdych – ze sobą o dzieciach rozmawiają. Mają doświadczenia, którymi mogą się wymienić. Ale ponad tym podziałem rozmowa jest trudna, zideologizowana, więc najczęściej do niej nie dochodzi. Dość fundamentalnie dzieli tych ojców ich system wartości. To, na czym budują pozytywny obraz siebie. Większość jest zdziwiona, że ktoś może uważać za obciach zajmowanie się własnym dzieckiem. Potrafią powiedzieć do partnerki: „Jak możesz myśleć, że ja sobie nie poradzę? Przecież to jest tak samo moje dziecko jak twoje. Mam do niego takie samo prawo jak ty. Tak samo go potrzebuję i chcę jego dobra. Może inaczej to realizuję, inaczej wyobrażam sobie, co jest jego dobrem. Ale to wcale nie znaczy, że gorzej”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »