Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller: Seria małych wybuchów

fot. Radek Polak / Hart Warsaw

Gdy zobaczyli się po raz pierwszy, on pomyślał, że spotkał zarozumiałą małolatę, ona, że niezłego buca. W pewnym sensie wyswatała ich literatura. W końcu pojechali razem do Gruzji, gdzie po roku wzięli ślub. Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller są małżeństwem już dziesięć lat, a ich życie wciąż toczy się wokół książek.

fot. Radek Polak / Hart Warsaw

reklama

Jak się żyje pesymistce z optymistą, a optymiście z pesymistką?

Marcin: Talent Anki do znalezienia dziury w całym bądź negatywnej strony rzeczywistości jest niczym nieograniczony. Jeśli pojawi się dziesięć recenzji jej książki, w tym trzy entuzjastyczne, sześć pozytywnych i jedna negatywna, to Anka skupi się na tej ostatniej.

Anna: Faktycznie wszystkim się przejmuję trochę za bardzo. Marcin zaś przed laty ujął mnie tym, że nie tylko nie widzi szklanki do połowy pustej, ona wciąż jest dla niego pełna w co najmniej trzech czwartych. Z takim podejściem życie jest pewnie przyjemniejsze, ale ja tak nie umiem. Funkcjonujemy jednak jako tandem, naczynia połączone i przez te różnice ostatecznie znajdujemy równowagę pomiędzy optymizmem a pesymizmem.

Jak na ciebie działają kolorowe koszule Marcina?

A: Cóż, jedynym absolutnie nietrafionym prezentem, który dostałam od mojego męża, był kolorowy płaszcz.

Jak bardzo kolorowy?

M: Totalnie. Mnóstwo pozszywanych materiałów, każdy w innym kolorze, zakochałem się w nim. I ten piękny płaszcz, nigdy nienoszony, wisi w szafie.

Więcej w Zwierciadle 03/2017. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »