Cudowne lata: Margaret

fot. R. Masłow

Jak to możliwe, że życie Margaret gna jak dzikie, a ona nie zwariowała? Jak to jest mieszkać z 30 psami husky albo wjechać rowerem na autostradę? I gdzie chciałaby się zatrzymać, gdy Warszawa jej się znudzi?

fot. Rafał Masłow

reklama

Zwierzęta były w moim życiu zawsze, ponieważ mój brat był mistrzem świata w psich zaprzęgach, a tę pasję przejął po moim ojcu. Odkąd więc pamiętam, nasza rodzina była psia, a czasem bardzo psia, bo był taki moment, kiedy mieszkaliśmy z 30 psami, gdy w tym samym czasie urodziły się młode husky w dwóch miotach. My więc w domu, a psy w kojcach. I to duże psy, wymagające stałej troski i aktywności, ponieważ z husky trzeba codziennie biegać. Mocno podziwiam moich rodziców za to, że zdecydowali się na taki styl życia, biorąc na siebie całą odpowiedzialność za tyle psich żyć, rezygnując z wakacji, a na święta w góry wyjeżdżając z całą tą psią ferajną w specjalnie przygotowanej przyczepie kempingowej. I do tego ja i mój starszy brat Tomek.

Może ty powinnaś pograć w ping-ponga?

Moi rodzice nie mieli więc łatwego życia, ponieważ z jednej strony dom był pełen psów i wszystko kręciło się wokół pasji mojego brata, a z drugiej strony – byłam ja: śpiewająca dziewczynka, która nieustannie dokądś z tego powodu wyjeżdżała. Właściwie co tydzień był jakiś festiwal. Jeden z nich pamiętam szczególnie, w Golubiu-Dobrzyniu na zamku. Wtedy po raz pierwszy dostałam Grand Prix i wygrałam nagrodę: kino domowe. Ogromne paczki pełne sprzętu, które taszczyłam, jadąc PKS-em do mnie na wieś, i to jeszcze z przesiadką w Szczecinie. Razem ponad 400 km. I do tego ja, moja koleżanka, również lat 11, oraz pani, która się nami opiekowała, i te wielkie paki!

Więcej w Zwierciadle 05/2017. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »