Jedna jedyna Katarzyna Dowbor

fot. Andrzej Hulimka/ Reporter/ East News

Wychowała się w Toruniu. W mieszkaniu, do którego okoliczne dzieciaki bez przerwy znosiły chore koty, psy i ptaki. Co się działo, zanim ta niekoniecznie grzeczna dziewczynka, przezywana w szkole piegusem i rudzielcem, została ikoną telewizji?

Mieliśmy w domu bardzo dużo pająków. Nam, dzieciom, nie wolno było ich dotykać. Były też klatki ze świerszczami, żeby te pająki karmić. Świerszcze hałasowały, może nie tak jak cykady, ale jednak. Pamiętam też motyle, niestety, już na szpilkach.

Mój ojciec Wiesław Kokociński był entomologiem. Mieszkaliśmy na 48 metrach. Trzy pokoje na drugim piętrze w bloku należącym do Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Czasami mama dostawała szału, a wtedy tata wynosił całe to towarzystwo na uczelnię, do swojej pracowni. Trochę czasu mijało, a potem wszystko wracało do normy. Czyli znowu mieliśmy pająki i świerszcze.

Bardzo mi to pomogło w moim życiu kolonijnym. Bo jak jeździłam na kolonie i gdzieś były robale, których się wszyscy brzydzili dotknąć, wołało się mnie. Przychodziłam, brałam robala w rękę i go wynosiłam. Szacun ogromny, byłam jedyną dziewczyną, która nie bała się tego zrobić. Do dziś u mnie w domu nie można zabić pająka.

Więcej w kwietniowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 04/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.