Spotkania: Marta Miłkowska

fot. Łukasz Sokół

Wioska wdów

W czasie studiów w wakacje dostała pracę w ambasadzie polskiej w Kenii. Przez dwa kolejne miesiące zwiedzała Kenię i Tanzanię i coraz mocniej zakochiwała się w Afryce. Poznała Salatona, tradycyjnego masajskiego wodza, a jednocześnie przedsiębiorcę, właściciela firmy turystycznej, i jego żonę. Oboje byli zachwyceni, że mzungu (biała kobieta) mówi w suahili. Zaprosili więc Martę na swoją farmę i pole namiotowe położone w samym sercu Rezerwatu Narodowego Masai Mara. Goście Salatona mieszkali w namiotach w towarzystwie dziko żyjących słoni, żyraf i zebr. Ale turystyka nie była jedyną działalnością gospodarza Marty. Założył także wioskę wdów.

Masajskie kobiety mają trudne życie – jako dziewczynki są obrzezywane, potem zostają żonami – jednymi z kilku. Jeśli mąż umiera, wdowy zostawia się w buszu, gdzie najczęściej umierają z głodu; nie wolno im powtórnie wyjść za mąż. Salaton przekazywał część swojego dochodu wdowom i oficjalnie się nimi opiekował: oprócz domów dostawały od niego bydło – najcenniejszą dla Masajów własność. Marta zachwycona tą niezwykłą inicjatywą zaproponowała Salatonowi, który marzył też o szkole z internatem, że stworzy stronę internetową, gdzie będzie mógł reklamować swoje turystyczne usługi. Im więcej zarobi, tym więcej będzie mógł przekazać wiosce. Tak zaczęła się ich przyjaźń i współpraca.

Po powrocie do Polski Marta nawiązała też współpracę z kilkoma organizacjami. Efekt: dziś na terenie Masai Mary na dwóch hektarach ziemi może się uczyć 600 dzieci (o szkole pisał niedawno „New York Times”). Marta z grupą zaangażowanych w tę inicjatywę ludzi pomogła również rozwinąć kenijskim wdowom dwa przedsięwzięcia. Kobiety zaczęły wytwarzać i sprzedawać do Europy oraz USA ręcznie robioną masajską biżuterię, dostały też baterię słoneczną, dzięki której założyły centrum ładowania telefonów komórkowych (w tej części rezerwatu narodowego telefony mieli wszyscy mężczyźni, ale żeby je naładować, musieli jechać siedem godzin do miasta, problem zniknął, w dodatku dzięki panelowi słonecznemu pozycja kobiet wśród lokalnej społeczności znacznie się umocniła). Małe pieniądze, wielkie zmiany.

Choroba

Dwa razy przechodziła malarię, raz zakaziła się amebą, a kiedy w 2008 roku wróciła do Polski, bardzo poważnie zachorowała. Przez trzy miesiące kursowała między szpitalami medycyny tropikalnej w Poznaniu, Warszawie i Gdyni. Ważyła 38 kilo, nie chodziła o własnych siłach. Pomógł jej w końcu profesor z Berlina. Cudem ozdrowiała. Do dziś nikt nie wie, co to było.

Po ostatnim roku studiów musiała zadecydować co dalej. Afryka na dłuższy pobyt odpadała, Azja i Ameryka Południowa też – nie można było ryzykować nawrotu choroby w podobnym klimacie. Poza tym Marta chciała robić coś na wielką skalę. Szkoła w Kenii – wspaniale, ale to tylko kilkaset osób. Postanowiła aplikować do ONZ na praktyki. Wysłała zgłoszenia do 60 miast. Odpowiedziały dwa: Bonn i Nowy Jork. Pojechała do Stanów na dwa miesiące, została cztery lata. Pracowała nad dialogiem międzykulturowym i międzyreligijnym. Ale nie było szans na zostanie w ONZ, od razu powiedziano wszystkim stażystom, że są tu tylko na chwilę.

Uda się

Ktoś jej powiedział, że w Stanach nie można być grzeczną dziewczynką, że trzeba walczyć o swoje, promować się – „networkować”: nawiązywać znajomości, pielęgnować kontakty. Jej obecny szef był 36. osobą z kolei, u której starała się o posadę – otwierał właśnie nowy dział badań do spraw przedsiębiorczości. Marta najpierw została na wakacje, potem przedłużono z nią kontrakt na kolejne miesiące i lata. Mówi wprost, że młodej kobiecie w Banku Światowym pracuje się trudniej. Współzarządzała projektem, przewodząc ludziom od siebie starszym i bardziej doświadczonym. Czuła, że nie ufają 29-latce. Przysparzało jej to wiele stresu.

Czasem myśli, że znajomi ze studiów mają w Polsce dobre posady, mieszkania, samochody i o wiele większe pieniądze niż ona. Ona ma rower i pokój, który wynajmuje. Ale nie żałuje. W przyszłości chciałaby być pomostem między Bankiem Światowym a inwestorami – do tego potrzebuje dobrej szkoły biznesowej. Przez ostatni rok czasem nawet i 40 godzin tygodniowo przeznaczała na przygotowania do egzaminów wstępnych na studia. W grudniu dowiedziała się, że dostała się do Wharton i MIT Sloan: trzeciej i piątej na liście najlepszych szkół biznesowych na świecie. Teraz szuka pieniędzy, bo studia kosztują 200 tysięcy dolarów. Wierzy, że się uda: tydzień temu jedną piątą sumy dostała od nieznanego polskiego przedsiębiorcy w USA.

Materiał pochodzi z numeru 3/ 2015

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »